Archiwa

Morinda citrifolia Linne = Morinda bracteata Roxburgh – Noni.

Morinda citrifolia Linne = Morinda bracteata Roxburgh, czyli noni (Indische Maulbeere) niem. Indischer Maulbeerstrauch, Indischer Maulbeerbaum; ang. Indian mulberry; fr. Morinde, zaliczana do rodziny marzanowatych – Rubiaceae, występuje w Australii, Polinezji, Południowej Azji i w Ameryce Środkowej. Jest to krzew lub małe drzewko, dorastające do 10 m wys. Surowcem leczniczym, stosowanym w medycynie ludowej wymienionych krajów jest korzeń noniRadix Morindae (Morindawurzel). Jest bardzo trudny do pozyskania, choć założono wiele upraw, jednak jego pozyskanie wiąże się ze zniszczeniem uprawy, stąd jest kosztowny i rzadko stosowany poza obszarem Azji i Australii. Zawiera glikozydy antrachinonowe, np. nordamnakantal 1,7%, morindon 0,5%; flawonoidy, irydoidy (asperulozydy), trójterpeny (kwas ursolowy); skopoletyna. Jest to środek przeciwkrwotoczny, przeczyszczający, przeciwzapalny, przeciwreumatyczny. Korzeń służył również do otrzymywania czerwonego barwnika. Wyciągi z korzenia Morinda citrifolia obniżają podwyższone ciśnienie krwi, działają hipoglikemicznie i przeciwastmatycznie. Mają właściwości inhibitora kinazy tyrozynowej przez co hamują rozwój nowotworów. Stosuje się odwar. Gotować 20 minut. Dawka dzienna korzenia standardowa 10-15 g. Zatem sproszkowany korzeń w ilości 10-15 g gotować w wodzie, np. w 0,5 l. Uzyskany odwar podzielić na 3 dawki i przyjąć w ciągu dnia.

Wskazania (radix): zaparcia, nowotwory, nadciśnienie, cukrzyca, artretyzm, reumatyzm.

W medycynie ludowej stosowany jest również liść – Folium Morindae o działaniu ściągającym i przeciwgorączkowym, ponadto odwar z liści przy stanach zapalnych jamy ustnej i gardła.

W Europie i USA znany jest sok z owoców noni, łatwo dostępny, ale obłożony ogromna marżą. Sok noni, zgodnie z z informacją Commission européenne a défini ce jus comme nouvel ingrédient alimentaire (2003/426/CE DÉCISION) należy do nowej żywności i nie posiada właściwości leczniczych. Wg ogłoszenia Bundesamt für Gesundheit BAG (Szwajcarski Federalny Urząd Bezpieczeństwa Zdrowia Publicznego sok noni nie posiada właściwości leczniczych i nie wolno rozpowszechniać informacji na temat jakoby sok ten leczył choroby. Jest normalnym sokiem owocowym, o właściwościach odżywczych nie przewyższających wartości innych soków owocowych.

Niektóre firmy kierujące się wyłącznie chęcią zysku rozpowszechniają niekiedy fałszywe informacje na temat roślin, stwarzają jakieś ideologie i szereg mitów, a niektóre nawet głoszą istnienie w roślinie związków, których biochemia akademicka po prostu nie zna. Tak się stało z noni w której występuje wg dra Ralpha Heinicke  związek prokseronina (proxeronine). Stworzył nawet patent na prokseroninę, ale nigdy nie wyodrębnił tej substancji. Również innym fitochemikom nie udało się potwierdzić istnienia prokseroniny i kseroniny. Wg teorii Heinicke w owocach noni występuje enzym prokseronaza oraz prekursor alkaloidu (kseroniny) – prokseronina. Enzym powoduje przekształcenie prokseroniny w kseroninę, która jest wbudowywana w białka komórkowe i zapewnia ponoć ich stabilność strukturalną i odporność na nowotwory oraz stany zapalne. Kseronina ma występować we wszystkich żywych komórkach, zarówno roslinnych, jak i zwierzęcych. Umożliwia regenerację i wzrost komórek. Niektóre firmy sprzedające sok noni posunęły się dalej i głoszą iż sok noni, dzięki zawieraniu prokseroniny i i prokseronazy powoduje odwrócenie procesu chorobowego (np. nowotworowego) komórek, jak przy dotknięciu czarodziejską różdżką. Aktualnie nikomu nie udało się tego potwierdzić, a enzymy i sam alkaloid jest wg współczesnej wiedzy biologicznej fikcją. Należy jednak przyznać, że jest to majstersztyk komercyjny, który podziałał na miliony ludzi, którzy kupują sok noni.

Plik: Xeronin.jpg 
Kseronina i dr Ralph Heinicke

W opublikowanej Opinion of the Scientific Committee on Food EUROPEAN COMMISSION HEALTH & CONSUMER PROTECTION DIRECTORATE-GENERAL SCF/CS/NF/DOS/18 ADD 2 Final 11 December 2002 sok znajdziemy załącznik:  Compositional Profile of Tahitian Noni   juice, który prezentuje zawartość składników odżywczych soku noni:

imageimage

Owoce noni zawierają witaminy, sole mineralne, kwasy tłuszczowe, białka i aminokwasy. Zawartość irydoidów o działaniu leczniczym jest niska i są to asperulozyd, dezacetyloasperulozyd i kwas asperylozydynowy. Korzenie i liście zawierają 3-4 razy więcej irydoidów niż owoce. Specyficzny smak i zapach owoców i soku z nich uzyskanego pochodzi od kwasów tłuszczowych: n-kapronowego, n-kaprylowego, etylokaprylanów i etylokapronianów, ponadto estru metylowego etylokaprylanu; estry tłuszczowe trisacharydów (noniozydy E-H). W owocach występuje również beta-karoten, luteina, flawonoidy (rutyna). Owoce działają rozwalniająco i są źródłem polisacharydów oraz średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Polisacharydy działają immunostymulujaco, podnoszą poziom TNF-alfa, interleukiny 1beta, 10, 12p70, interferonu – IFN-gamma i tlenku azotu. Niektórzy autorzy donoszą jednak, że noni obniża NO (indukowanej NO syntazy) z LPS-activated peritoneal macrophages (aktywowanych otrzewnowych makrofagów). Ponadto wyciągi alkoholowe z owoców noni wpływają przeciwzapalnie i przeciwcukrzycowo. Aktywują granulocyty i przez to mogą wpływać przeciwnowotworowo /Dasgupta A., Hamett-Stabler C.A. 2011 r./.

Moim zdaniem sok może mieć działanie farmakologiczne z uwagi na zawartość średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych i polisacharydów mających zdolność wywoływania immunizacji (patrz również o kwasach tłuszczowych http://rozanski.li/?p=1253).

W naszym klimacie roślinami o podobnym profilu chemicznym są: przytulie – Galium, Polygonum cuspidatum = Fallopia japonica = Polygonum japonicum, owoce rokitnika, owoce kaliny i Prunella vulgaris, które należy połączyć i zażywać ze wspomnianymi kwasami tłuszczowymi.

10 komentarzy Morinda citrifolia Linne = Morinda bracteata Roxburgh – Noni.

  • gumppek

    Brawo doktorze. Wreszcie ktoś otwarcie zdemitologizował noni, któremu wręcz przypisywano cudowne właściwości. Jak widać z opisu niczym specjalnym na tle innych roślin leczniczych ten owoc się nie wyróżnia. Nie wiem czy nie jest ujmą dla rdestowca, kaliny czy głowienki porównywanie go do soku z tej rośliny. Myślę że nasz rodzimy sok z kaliny czy rokitnika bije go na głowę. Pewnie znów odezwą się głosy oburzenia wśród tych którzy na ten specyfik wydali majątek. Takich domorosłych farmakognostów którzy szukają cudownych roślin lub negujących właściwości lecznicze roślin niebywale cennych, w Europie jest trochę. Ostatnio jeden z chorych napisał mi, iż dwóch panów naukowców z Niemiec zanegowało korzystne działanie szczeci przy leczeniu boreliozy. Dziwne, bo nic nie wspomnieli by surowiec z tej rośliny miał inny skład, jak ten który doktor przytoczył na blogu. Oczywistym jest, że działanie szczeci jest nierozerwalnie związane ze związkami jakie ta roślina zawiera.
    Chory już następnego dnia przekonał się, że to doktor i ja mamy racje, a nie pseudonaukowcy rodem z Niemiec. Mimo że oni są profesorem i dr hab, a doktor doktorem nauk biologicznych, a ja tylko magistrem chemii 🙂 Nawet ja trochę bardziej, bo nalewka była robiona ze świeżego surowca 1:1 o której doktor nie pisze 🙂 Biorąc część zestawu standardowego mojego autorstwa wzbogaconego o czystka i nalewkę gwajakolową oraz smilax i chyba vilacacorę dostał olbrzymich herxów. Zaznaczyć należy, iż brał po kilka kropel nalewki ze szczeci chyba trzy razy dziennie, a dawka pozostałych ziół był niewielka. Nalewki z topoli wzmacniającej działanie szczeci brał trzy razy po 2,5 ml, czyli też niedużo. I już przyszła taka gwałtowna reakcja wskazująca, iż krętek borelli został celnie trafiony. Zaznaczyć należy, iż chory ten brał wiele ziół i nie tylko i coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy. Niestety krętek jest niebywale trudnym przeciwnikiem i jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie zanim Damian z nim wygra /tak ma na imię/ 🙂 Wielu chorych którzy zwrócili się do mnie czuje się coraz lepiej po kilku miesiącach brania ziół. Są oczywiście dołki ale to jest wpisane w walkę z boreliozą. Ta poprawa to głównie zasługa doktora i jego bloga bo to inspiruje mnie w poszukiwaniach drogi do skutecznego zwalczania krętka. Oczywiście ja też trochę poszperałem w książkach rosyjskich.
    Szczególnie Akopowa i Tokina. Wszystko wskazuje, iż krętek jest prawie bezbronny w obliczu użycia ziół fitoncydowych. Zaznaczyć należy, iż metoda którą ja polecam opiera się głównie na ziołach polskich.
    Całą tę sprawę skwituję słowami jednego z chorych który kilka dni temu napisał do mnie
    „Ja od pewnego czasu jestem na pana ziołach i przyjmuje już tylko jeden antybiotyk doxy,nie mam żadnych nawrotów dusznośći ani buli stawów,zostało tylko piszczenie w uszach,nie zapeszam ale jestem pod wielkim wrażenie skuteczności natury :).”
    A to wszystko niepodważana zasługa pana doktora i jego bloga. Ja w zasadzie jestem tylko wykonawcą tego co doktor tu pisze, zbierając odpowiednie zioła.
    Za tę wiedzę jaka jest zawarta w blogu, bardzo panu dziękuję.

  • Jestem pod wielkim wrażeniem tego bloga- choć jestem tu po raz pierwszy (już teraz mam problem aby sie oderwać od lektury 🙂 ).
    Artykuł świetny!
    Nie wiem, czy istnieje nadzieja na to, że ludzie zamiast wierzyć reklamie, zaczną czytać i edukować się. Zdobywanie wiedzy wydaje się bolesne- tak przynajmniej wynika z mojej wiedzy na podstawie obserwacji, w jaki sposób ludzie budują swój światopogląd i przekonania.
    Gdyby głupota bolała, wiele ludzi każdego dnia wiłoby się w bólu.

  • Zioła od Gumppka dzialają!!! Choruję na borelioze i mam kilka koinfekcji jak bartonella, mycoplasma pneumoniae i chlamydiae pneumoniae. Specjalistyczne badania o kierunku aktywnosci bakteryjnej robilem w Centrum Boreliozy w Augsburgu. Chciałbym przestrzec wszystkich przed lekarzami, którzy uwazają się w Polsce za specjalistów chorób zakaźnych tj borelioza a w szczególności gdzie pacjenci mają niejednoznaczne wyniki badań a mają objawy boreliozy. Coraz częściej wyniki serologiczne wykazują bardzo niskie miana przeciwciał a mają wysokie obciążenie Bakteryjne, tak się miało w moim przypadku. Dopiero po prowokacji antybiotykowej miano przciwciał skoczyło na wynik dodatni. Po 40 dniowej kuracji antybiotykowej, lekarz po wywiadzie okreslil ze byloby krzywdą dla mojego organizmu prowadzic dalsza kuracjie antybiotykowa. Tak zostałem pozostawiony na pastwę losu z jeszcze większymi objawami choroby w ubiegłym roku przez ponad miesiąc miałem problemy z chodzeniem, praktycznie nie wstawałem z lóżka. Specjalistyczne badania LTT Elisplot na borelię oraz na chlamydia po trzy miesięcznej przerwie antybiotykowej wskazywały na wysoką aktywtność bakteryjną. Co dalej? do kogo się zwrócić?!! Zwróciłem się o pomoc do samego siebie i podjąłem walkę solo!!! Wprowadziłem terapię ziołową na podstawie raportu Buhnera. Natychmiastowych zmian nie odczułem i terapia ziolami z Buhnera byla niezadawalająca. Przełom nastąpił po wprowadzeniu kolejnych ziół takich jak Cistus Incanus oraz nalewka z żywicy gwajakowej. Objawy zaczęły ustępować i utrzymywały się na pewnym poziomie. Niedawno zwróciłem się o pomoc do Pana Bogdana (gumppek), jw opisal otrzymałem opracowany standardowy zestaw ziol po którym na początku kuracji na efekty nie nie musiałem długo czekać. Po czwartym dniu wróciły wszystkie naraz objawy choroby, niesamowite pogorszenie, doznałem niezłych Herxów. Terapię prowadzilmy impulsowo, dawki ziol dostosowywane są do samopoczucia. W obecnej chwili jestem na pelnym raporcie Pana Bogdana i muszę przyznać że jest coraz lepiej, zioła działają a ja czuję się coraz lepiej. Po tempie poprawy myślę że już niedługo wyjdę z tego i stanę się sobą a nie będę cieniem mnie samego. Dziękuję Panu Bogdanowi za okazaną pomoc oraz Panu Dr. Różański, chciałbym podziękować za zaszczepienie pasji do ziołolecznictwa w dobie produkowanego przez koncerny farmaceutyczne chemicznego świństwa.

  • Witam. Dziękuję Damdam4029 za ten wpis – też cierpiałam z powodu boreliozy, poszłam Twoim śladem.
    Długo przechodziłam katusze fizyczne i psychiczne. Nie wiedziałam co mi jest. Kończyłam rozmowę telefoniczną i już nie pamiętałam z kim romawiałam, nie potrafiłam płacić kartą – bo nie pamiętałam PIN-u, nie mogłam opłacać rachunków przez internet – bo nie pamiętałam hasła, wychodziłam ze sklepu i nie wiedziałam, gdzie zaparkowałam samochód… Nie umiałam pisać, nie umiałam czytać, nie radziłam sobie z dodawaniem liczb jednocyfrowych, nie poznawałam ludzi, czasami zapominałam gdzie mieszkam. Ciagle ból, strach, beznadzieja i myśli samobójcze. Wmawiano mi chorobę psychiczną, nie wierzyłam – choroba psychiczna nie moze tak boleć! Bolało wszystko – mięśnie, stawy, oczy, serce… Do tego mnóstwo dziwnych objawów: dreszcze, bezsenność, obniżona teperatura, problemy z ciśnienieniem, alergia, problemy skórne, pieczenie stóp, szumy w uszach, odrealnienia, nadwrażliwość na światło, dźwięki, zapachy, choroba lokomocyjna, depresja, odrętwienia, powiększone jedno oko. Czy coś mnie wtedy nie bolało? – nie, bolało mnie wszystko! Połykałam olbrzymie ilości APAPU, a ból nie mijał. Szukałam choroby…
    Udało się uzyskać pozytywne testy (niestety nie za pierwsym razem) – szpital i wpadłam w tryby antybiotykoterapii. Miesiące brania antybiotyków, a objawy przybywały. Chodziłam od specjalisty do specjalisty, wykonywałam rożne badania. Podobnie jak Damdam zrezygnowałam z leczenia i wprowadziłam zioła Buhnera, było lepiej, ale efekt końcowy marny. Na nieskuteczne terapie straciłam dwa lata i znowu byłam w punkcie wyjscia. Po przeczytaniu wpisu Damdama, napisałam do p. Gumppka – poprosiłam o pomoc. Efekt rewelacyjny, nic mnie nie boli – odzyskałam pamięć, normalnie żyję, pracuję. Uwielbiam zioła, sama zaczynam coś zbierać. Bardzo dziękuję panu Bogdanowi za okazaną pomoc. Dziękuję panu Doktorowi i wszystkim Pana Kursantom za propagowanie ziołolecznictwa.

  • gumppek

    No proszę wychodzi, że jestem mądrzejszy od telewizji 🙂 Nie aż tak dobrze to nie jest. Ale szukam i na pewno znajdę. Tyle że mam tylko dwie ręce. Nie mam też kasy na poszukiwania bo niestety wszystko kosztuje. Nawet na ostatni kurs mi zabrakło 🙁 niestety. Teraz sprawdzam wyciągi na bazie kwasu octowego i zestawu innych kwasów organicznych działających probiotycznie. Smak jest ok ale zobaczymy działanie.

    • Renata

      Witam !

      Stwierdzono u mnie Riketsje, Bartonelle baciliformis i Borellie ( BADANIE WYKONANE APARATEM VOLLA ). Proponowana kuracja biorezonansowa jest niestety droga i nie wiem czy da efekty. Ziołami wyleczyłam już kilka schorzeń, nie mam niestety doświadczenia z tak złożonymi chorobami i chciałam zapytać czy jest mi Pan w stanie coś doradzić, pomóc ewentualnie dopasować zestaw ziół.
      Pozdrawiam i proszę o odpowiedź.

  • kasia

    Miałam podobną drogę jak Damdam. Można powiedzieć, że drogę przez mękę. Kilka miesięcy prawie nieprzespanych nocy, zaburzeń nastroju, neurologicznych, totalne wyczerpanie. Udręczenie objawami, chodzeniem od jednego lekarza do drugiego, niezrozumieniem. Mój organizm totalnie się rozstroił i funkcjonował w jakimś totalnym chaosie. Potem prawie 2 lata antybiotykoterapii i tylko częściowa poprawa. A potem dzięki Rafałowi kontakt do Pana Bogdana, jego pomoc i stopniowe powracanie do życia.Wcześniej podchodziłam do ziól z dużym respektem ale one uratowały mi życie.

  • Katarzyna

    Miałam podobną drogę jak Damdam. Można powiedzieć, że drogę przez mękę. Kilka miesięcy prawie nieprzespanych nocy, zaburzeń nastroju, neurologicznych, totalne wyczerpanie. Udręczenie objawami, chodzeniem od jednego lekarza do drugiego, niezrozumieniem. Mój organizm totalnie się rozstroił i funkcjonował w jakimś totalnym chaosie. Potem prawie 2 lata antybiotykoterapii i tylko częściowa poprawa. A potem dzięki Rafałowi kontakt do Pana Bogdana, jego pomoc i stopniowe powracanie do życia.Wcześniej podchodziłam do ziół z dużym respektem ale one uratowały mi życie.

  • Roman M.

    Zioła czterech stron świata. Rośliny Australii i Oceanii. Ziołolecznictwo Aborygenów cz. III/VI.

    ” Dla tych, którzy oceniają stopień kultury ze względu na stopień zaawansowania technologicznego, fakt, że australijscy tubylcy żyją w ten sam sposób jak tysiące lat temu, może sugerować, że są niecywilizowani (…). W rzeczywistości to jeden z najbardziej cywilizowanych i wysoko wykształconych narodów na świecie „. E. Nandisvara Nayake Thero (profesor religii porównawczej na Uniwersytecie Madras).

    W komentarzu „Kilka uwag natury etno” napisałem, że kiedy w tubylczej społeczności umiera uzdrowiciel, nie pozostawiając po sobie ucznia ani spisanej dokumentacji, to tak, jakby spłonęła część medycznej biblioteki. W przypadku ziołolecznictwa czy szerzej rzecz ujmując, wiedzy dotyczącej praktyk leczniczych Aborygenów, można powiedzieć, że w znacznym stopniu została ona już bezpowrotnie utracona. Stosowanie rodzimych roślin przez tubylców australijskich jest słabo udokumentowane, gdyż wiedza ta była przekazywana ustnie i zaginęła zanim pojawiła się potrzeba ich udokumentowania i opisania.

    O ile nauki etno, jak pisałem w innym miejscu, zrodziły się w Europie na przełomie wieku XIX i XX (już w wieku XIX, a nawet znacznie wcześniej, było sporo interesujących materiałów o medycynie ludowej różnych narodów i ludów Europy), o tyle szersze etno badania Aborygenów zaczęły się dopiero w drugiej połowie wieku XX. Pojawiły się, co prawda, w połowie dziewiętnastego stulecia ograniczone (ilościowo i merytorycznie) raporty dotyczące tradycyjnej medycyny aborygeńskiej. Jednak szersze i bardziej gruntowne badania i publikacje z tego zakresu: botaników, lekarzy, farmaceutów, antropologów itp. – pojawiły się znacznie później. Można zatem powiedzieć, że wiedzę, najstarszej ciągłej tradycji i kultury ludzkiej, rozwijającej się na określonym terenie (w tym o roślinach) w znaczącym stopniu, bezpowrotnie utraciliśmy (dotyczy to przede wszystkim południowej i wschodniej części Australii).

    Kolonizatorzy nie interesowali się specjalnie ziołami stosowanymi przez tubylców. Oczywiście można znaleźć kilka wyjątków. Od rdzennych mieszkańców nauczono się wykorzystywać napar z liści eukaliptusa w leczeniu chorób dróg oddechowych, kaszlu i gorączki (a zewnętrznie użytku różnych simplicjów na bóle mięśni). Na południowym wschodzie Australii osadnicy nauczyli się od autochtonów wykorzystywać Clematis microphylla na bolące stawy nóg i ramion; na innych obszarach przejęli wiedzę o tym, że soczyste łodygi i liście portulaki pospolitej (Portulaca Oleracea) nadają się do leczenia chorób układu moczowego; zaś jeszcze w innej części kontynentu – przejęto używanie soku z Sarcostemma australe w celu leczenia ran. Jednakże koloniści bardziej ufali swoim eksperymentom z używaniem medycznym miejscowych roślin (nawet gatunków, nie występujących w Europie), aniżeli wiedzy tubylców. Eksperymenty te były zresztą dość ograniczone i zasadniczo czyniono próby wykorzystania medycznego ziół przypominających wyglądem rośliny europejskie. Najczęściej próby te dotyczyły sporządzania herbat z surowców aromatycznych (np. z Mentha satureioides itp.). Brak zaufania do wiedzy tubylczej zauważyć można np. w niewielkiej ilości zapisków, zw. z tematem o którym mowa, czynionych przez pierwszych przybyszów z Europy. Jeśli już coś znajdziemy o „medycynie dzikich” – są to zapisy krytycznie odnoszące się do tubylczej wiedzy. Ta nieufność– to w efekcie praktycznie brak pisemnych relacji osadników które mogłyby być materiałem do badań i analizy etno badaczy (tak jak to jest w Europie). Niewiele jest od tego wyjątków. Należy do nich notatka uczyniona przez kolonistę J. Dawsona w 1881 r. Napisał on, iż każde plemię ma swojego lekarza w którego umiejętności i wiedzę wierzy „ (…) i nie bez powodu bo ogólnie zalecają rozsądne środki zaradcze (…).”

    Wypada zauważyć, iż autochtonów australijskich nie można traktować jako jednego narodu czy ludu. Na kontynencie tym zidentyfikowano około 400 grup Aborygenów, które miały odrębny język czy dialekt. Szacuje się, że jeszcze pod koniec wieku XVIII kontynent o którym mowa zamieszkiwało około 750 000 Aborygenów. W 1920 r. liczbę ich szacowano zaledwie na 60 000. Obecnie zamieszkuje Australię około 400 tyś. ludności rdzennej (podaje się róże liczby – niekiedy niższe) i odnotowuje się tam około 200 języków. Współczesne badania pokazują, iż tylko 52 tyś osób mówi w domu jakimś językiem aborygeńskim (używanie języka ojczystego jest ważnym wskaźnikiem kondycji kulturowej określonej grupy etnicznej).

    Niestety kultura ta doznała znaczącego uszczerbku. O stosunku kolonizatorów napływających na ten kontynent do jej rdzennych mieszkańców, niech świadczy fakt, iż w 1804 roku osadnicy zostali upoważnieni do strzelania nawet do nieuzbrojonych autochtonów, a dopiero w 1967 uzyskali oni równe prawa co pozostali obywatele. Wcześniej Aborygeni figurowali we wpisie księgi fauny i flory Australii !!! Uważano ich za „istoty pozbawione duszy, bliższe zwierzętom niż ludziom”. Jeśli jeszcze dodamy do tego zmuszanie do pracy niewolniczej, spychanie i wysiedlanie tubylców na jałowe rejony nie nadające się do życia, plagi głodu i chorób (Europejczycy „obdarowali” ich m.in. ospą, grypą, kiłą i szeregiem innych chorób), załamanie się tradycyjnych form życia, struktur społecznych itd. – taki stan rzeczy nie może nikogo dziwić. Dorzucić do tego można jeszcze odbieranie Aborygenom dzieci i wychowanie ich na europejską modłę, z dala od własnych tradycji (tzw. „pokolenie stracone”) – mamy już pełen obraz degradacji i nieodwracalnych szkód jakie doznała ta kultura od naszej cywilizacji zachodniej.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>