Archiwa

Służbowa wizyta kolegi

Wczoraj w godzinach wieczornych odwiedził mnie w instytucie kolega Doktor, pracujący w innym dziale firmy. Tradycyjnie wypiliśmy herbatkę z cytrynką, pojedliśmy różne cukry proste i złożone, jakie stały na stole u mnie w biurze (polecam ksylozę, ma fajnie stonowany słodki smak). Oprócz omówienia spraw służbowych obgadaliśmy innych ludzi z firmy, stworzyliśmy nowe plotki i poopowiadali sobie wieści z różnych działów. W trakcie rozmowy kolega poskarżył się na gniecenie w żołądku, że jakoś tak nie ma apetytu, taki czuje się pełny. Na moim przebogatym stole stał słój w którym ekstrahowałem świeżutki piołun. Jak to dwa chłopy, ponalewaliśmy sobie ekstrakcik do połowy szklaneczki i wlali w gardełko. Wstrząsało nami co chwilkę, gorzki był jak to piołun. Po chwili gadaliśmy coraz głośniej i weselej, zrobiło się miło i luzancko. Gdy próbowaliśmy wstać, poczuliśmy zawroty głowy i stan odurzenia. Kurcze, mówię do kolegi, naćpaliśmy się absyntem; mamy kolorowe zwidy, utratę kontroli akomodacji, zaburzenia równowagi, szumi nam w uszach i mamy poczucie poruszania się w przestrzeni pomimo siedzenia na tyłkach. Typowy efekt wywołany tujonem, absyntyną i anabsyntyną.  Thujon blokuje receptory GABA. W strukturze tujonu dopatrzono się fragmentu mającego zdolność przyłączania się do tych samych receptorów co tetrahydrokanabinole.
Oprócz tego efektu, kolega odzyskał apetyt i dobre samopoczucie.

Tutaj pokażę Wam piękny rysunek odzwierciedlający co czuliśmy:

picie absyntówki

Eduard Wiiralt. Picie absyntówki, 1933 (Levin M. Eduard Wiiralt 1898 – 1954. Tallinn: Eesti Kunstimuuseum, 1998. ), ze stronki http://www.tidsskriftet.no/pls/lts/pa_lt.visSeksjon?vp_SEKS_ID=651396

Tutaj podobieństwo fragmentów cząsteczki tujonu (a) i tetrahydrokanabinolu (b):

absyntyna
absyntyna

4 komentarze Służbowa wizyta kolegi

  • Renata

    Proszę o przepis na „piołunówkę”.
    Z góry dziekuję.

  • o kurcze 🙂

    na pewno tylko po pół szklaneczki? a ilu procentowy był ten ekstrahent 😉

  • Roman M.

    Remedia amoris raz jeszcze. O tym czy i jak działają afrodyzjaki – czyli o ziołach „trzepiących w beret”. Cz. I /III
    „Jest pięć przyczyn picia wina: przybycie gościa, pragnienie obecne i przyszłe, sama dobroć wina i jakakolwiek inna przyczyna”.
    Aforyzm średniowieczny

    Kiedy postanowiłem sprzedać swój ogród, żałowałem ziół które uprawiałem tam w wielkiej obfitości. Rosły w nim pospołu pospolite, jak i dość rzadkie w naszym kraju rośliny. Część bardziej cennych przesadziłem na użyczony mi zagon rodzinnej działki. Sporo ziół znanych i często spotykanych w naturze lub w uprawie (macierzanka, tymianek, prawoślaz, dziurawiec, serdecznik, hyzop, pierwiosnek, jeżówka, cząber górski, mięty, szałwie, oman, lebiodkę itd.) udało mi się rozdać. Z rozdawnictwem roślin rzadszych – typu: traganek mongolski, sierpik koronowaty, niepokalanek mnisi, szczodrak krokoszowaty, kosmaczek dzwonkowiec, tarczyca bajkalska i bocznokwiatowa, marzymięta, szałwia czerwnokorzeniowa itp. miałem jeszcze mniej kłopotu.

    Decyzję o sprzedaży podjąłem wiosną a zrealizowałem jesienią. Pomimo rozdania sporej ilości ziół już wiosną, dużo ich jednak zostało do zagospodarowania. Nie chcąc zmarnować wartościowego surowca, suszyłem i „przerabiałem” na rozmaite sposoby co się tylko dało. Dość często zaglądałem w zw. z tym do pobliskiego sklepu spożywczego (z działem alkoholowym) i prowadziłem zaopatrzenie, przyznam – nieco „hurtowe”. Kupowałem tam bowiem dla wygody po 5, 6 a często i więcej pół litrowych butelek (najczęściej wódki żytniej). Czyniłem wówczas rekordową ilość intraktów, nalewek, win itp. Kiedy po raz kolejny zaopatrywałem się w produkty polskiego przemysłu monopolowego, stojąc grzecznie do kasy, usłyszałem jak sprzedawczyni zaczęła wygłaszać coś na kształt osobliwego monologu. Niby to mówiła do pani stojącej za mną (jednocześnie zerkając w moją stronę i wpatrując się „jak sroka w gnat” w zawartość mojego koszyka). Wyglądało to mniej więcej tak. „Popatrz pani jak te chłopy gonią za gorzałką” – rzekła. Następnie świdrując mnie przeszywającym spojrzeniem ciągnęła swój monolog dalej: „ … kupiłby taki jeden z drugim coś żonie albo dzieciom …, ale nie … gdzie tam … Taki, jak tylko będzie miał pieniądze, to leci jak kot z pęcherzem po wódkę…. Nie wystarczy mu flaszka …. Ale widzisz pani …, taki … (tu zawiesiła ton i zeskanowała mnie swoim groźnym spojrzeniem) …. to musi kupić od razu skrzynkę … a dzieci tam może w domu siedzą głodne …. ale czy taki jeden z drugim o tym pomyśli …. gdzieżby …” itd. Szczerze powiedziawszy sytuacja ta zaskoczyła mnie niezmiernie, a i te wymowne spojrzenia rzucane w moją stronę całkiem zbiły mnie z tropu. Trochę więc bez zastanowienia, przerwałem w końcu ten monolog – mówiąc: „nie wiem jak inni, ja kupuję alkohol na lekarstwo”. „Cha, cha, cha …” – zarżały jak zarzynane kobyły, panie sprzedawczyni i ta stojąca za mną (której wyraźnie owo przemówienie przypadło do gustu). Jednocześnie usłyszałem coś w rodzaju „to nieźle musisz pan chorować skoro tak często i aż tyle potrzebujesz tego lekarstwa ….” Jakoś odeszła mi ochota na dialogowanie. Zapłaciłem i wyszedłem bez słowa ze sklepu.
    Kiedy następnym razem potrzebowałem alkoholu (tym razem wina – bo moje aroniowe dawno już „wyszło”), chcąc uniknąć podobnej sytuacji, udałem się przezornie do innego, tym razem bardziej oddalonego sklepu. Nosił on wymowną nazwę „Alkohole świata”. Powiem, że był jej wart – ilość bowiem i rodzaje alkoholu, w szczególności wina, były tam doprawdy imponujące. W sklepie, nie licząc alkoholu i sprzedawczyni, była zupełna pustka. Spokojnie zatem, mając duży wybór, przeglądałem różne wina, biorąc z półek kolejne flasze. W końcu wytypowałem wstępnie do zakupu trzy gatunki (w podobnej cenie): francuskie, włoskie i portugalskie. Jakoś trudno było podjąć mi decyzję tym bardziej, że podobnie jak z wódką, potrzebowałem kilku butelek. Kiedy tak nad tym medytowałem, otworzyły się nagle gwałtownie drzwi wejściowe sklepu i stanął w nich mężczyzna o nieco dziwacznym wyglądzie (opis pominę). Od progu zakrzyknął do sprzedawczyni: „Królowo …. księżniczko ty moja złota …. Potrzebuję na gwałt trzy DOBRE wina” – (z akcentem na dobre). Sprzedająca pani, nieco leniwie, tonem jakby z góry znała odpowiedź, zapytała jednak: „ Dobre wina? To znaczy jakie?” Nowy klient jakby nie zauważył ironii w głosie pytającej. Stojąc w drzwiach jak zamurowany kręcił głową i gadał sam do siebie. Trudno było mu zapewne zrozumieć, że istnieją na świecie ludzie, którzy nie znają odpowiedzi na tak ważne, by nie rzec, tak zasadnicze pytanie. Mamrotał pod nosem: „Jakie wino dobre, … jakie dobre, …. dobre jakie wino, jakie, jakie …”. Po chwili otrząsnął się z ciężaru tak durnowatego, jak zapewne sądził, pytania. Wzniósł w niebo palec i tonem uroczystym (jakby wygłaszał przysięgę małżeńską) rzekł: „Dobre wino to takie, które jest tanie i dobrze trzepie w beret” (z akcentem na: tanie i trzepie). Wobec tak prostej i treściwej definicji „dobroci” trunku, wygłoszonej przez miłośnika napoju Dionizosa, swoje rozterki uznałem za mocno przeintelektualizowane. Wziąłem więc pierwsze lepsze wino (o ile pamiętam portugalskie). Wychodząc ze sklepu pomyślałem sobie, że warto byłoby kolejny komentarz napisać na temat leczenia ziołami rozmaitych uzależnień (alkohol, narkotyki, nikotyna). Te dwie alkoholowe przygody przywołały mi bowiem wówczas na myśl powiedzenie starożytnych „Plures crapula quam gladius perdidit.”
    Wracając do tematu. W niniejszym komentarzu postaram się odpowiedzieć na pytania: czy, i jak działają zioła zaliczane do afrodyzjaków. Dla ścisłości terminologicznej zaznaczę, że biorę pod uwagę bardziej historyczne a nie współczesne znaczenie tego słowa. Dzisiaj o afrodyzjakach mówi się raczej w kontekście wpływu substancji (nie tylko roślinnych) głownie na sferę seksualną (zwiększanie popędu seksualnego, potencji, nasilanie przyjemności i doznań seksualnych itd.). Należy pamiętać jednak, iż historycznie rzecz ujmując, za afrodyzjaki uznawano rośliny które można było wykorzystać znacznie szerzej w tzw. „sztuce miłosnej” (np. spowodować zakochanie się, odkochanie się, ukierunkować pociąg seksualny lub uczucie miłości w stosunku do określonej osoby itd.). „ Od niepamiętnych czasów ludzie szukali środków, które mogły działać (…): budzić miłość tam, gdzie jej nie ma, rozpalać pożądanie miłosne tam, gdzie istniej tylko obojętność, dawać rozkosz miłosną tam, gdzie panuje tylko nuda, stwarzać erotyczną przygodę tam, gdzie nie ma wyobraźni.” Można zatem powiedzieć, że w ciągu wieków rośliny z tej grupy wykorzystywano nie tylko do pobudzania seksualnego czy wzmagania rozkoszy cielesnych ale też jako środki: ułatwiające pozbycie się nieśmiałości, niweczące poczucie wstydu, wzbudzające uczucia, leczące bezpłodność, wzmacniające narządy rodne itd. itp. etc.

  • Roman M.

    Remedia amoris raz jeszcze. O tym czy i jak działają afrodyzjaki – czyli o ziołach „trzepiących w beret”. Cz. I Cd./III
    „(…) Niektórzy używać radzą
    miłosnych ziół rój szkodliwy (…)”.
    Owidiusz „Sztuka kochania”

    Prócz licznych działań „roślin miłośniczych” na organizm człowieka (o których jeszcze niechybnie wspomnę), istotnym jest, wpływ substancji roślinnych na sferę psychiczną. Jest to często działanie dość mocne – można zatem za bohaterem mojej opowieści powiedzieć barwnie, że zioła zawierające takie związki (najczęściej alkaloidy) które „trzepią w beret”. Warto zauważyć, że preparaty wytwarzane z roślin tego typu, w ziołolecznictwie, znane są od wielu stuleci. W ulubionym przeze mnie średniowieczu, podawano np. tzw. „poculum amatorium” („kubki …” czy też „napoje miłosne”). Do ich sporządzania używano prócz niewinnie działających ziół np.: cynamonu, kopru, lubczyka, kolendry itp. takoż i silnie działających roślin np.: lulka czarnego, bielunia dziędzierzawy, pokrzyku wilczej jagody, mandragory itd. Dość często dochodziło nawet do zatruć (napoje te były wówczas niekiedy czymś na kształt współczesnej „pigułki gwałtu”). Niemiecki lekarz, farmakolog i toksykolog, znawca roślin i substancji psychoaktywnych – Louis Lewin (1850 -1929), tak opisywał ten proceder: „(…) Jeszcze innych bardziej okrutnych czynów dokonywano za pomocą roślin tej grupy. Tak więc podawano truciznę dziewczynom, by zgadzały się na rozpustne czyny. Można było tych czynów dokonać, mimo, iż ofiara nie traciła przytomności i miała otwarte oczy; ale nieobecna duchem zezwalała, a nawet, podniecona seksualnie chętnie się temu poddawała (…)”. Biorąc pod uwagę zawartość alkaloidów (skopolamina, atropina itd.), rozmaitych psychoaktywnych substancji, takie działanie owych specyfików dziwić nie może. Z tego powodu w niektórych rejonach średniowiecznej Europy wprowadzano nawet zakazy produkcji i handlu poculum amatorium. Np. Fryderyk II (1194 – 1250) w swoich konstytucjach m.in. zabraniał: „(…) kupowania, sprzedawania i podawania napojów miłosnych (…)”. Pewnym odpowiednikiem kubków miłosnych jakimi raczono się na Zachodzie na Wschodzie były rozmaite preparaty różnie tam nazywane (np. „pigułki wesołości” itp.). Afrodyzjaki Wschodu to temat sam w sobie na serię komentarzy. Rośliny i specyfiki o takim działaniu Ajurweda nazywa vajikarana. Najsłynniejszym z nich jest majun. „Kto tego skosztuje dozna zadziwiającego działania: ekstazy, uczucia wzniosłości, chęci uniesienia się w górę, wzmożonego apetytu i silnych pragnień seksualnych”. Receptura tego preparatu zawierała w swoim składzie: liść i kwiat konopii, opium, nasiona i liście bielunia dziędzierzawy, haszysz, kadzidło, kardamon, anyż, kminek przetopione masło, mąkę, mleko, cukier itd.

    Chociaż nie wiem czy smakosz wina, którego wspomniałem wyżej, potrzebował trunku tylko dla efektu „trzepnięcia w beret”, czy może – „na gwałt”, to wydaje mi się, że tak czy siak, to co napisałem, jakoś tłumaczy mnie z tytułu komentarza.

    Będąc w temacie napoju z winnej latorośli mogę dodać, że wino samo w sobie uznaje się powszechnie za dobry afrodyzjak, „pobudzający ogień ciała, rozpalający żądzę i uwalniający od zahamowań społecznych”. Poszukiwacz dobrego wina niezależnie od efektu jakiego w nim szukał, zadawalać się musiał zapewne działaniem samego alkoholu etylowego (w winie – od 7% do 16%). Warto jednak dodać, że w różnych okresach i na rozmaite sposoby „wzmacniano” działanie win. Weźmy dla przykładu starożytność. Do wina egipskiego dodawano: mandragorę, lulek, katę i szereg innych silnie działających roślin. Słynne „wino Kleopatry” zawierało surowe opium i kilka ziół z rodziny psiankowatych. Przy okazji – dwie rodziny roślin szczególnie często pojawiają się jako surowiec do produkcji preparatów „trzepiących w beret” – Solanaceae (psiankowate) i Cactaceae (rodzina sukulentów rosnących w Amerykach). Grecy równie chętnie jak Egipcjanie uszlachetniali swoje trunki ziołami, dodając je najczęściej do świeżo wytłoczonego, nie do końca jeszcze sfermentowanego wina. Prócz gałązek jałowca, igieł sosnowych, rozmarynu, tymianku, hyzopu itp. dodawano także i mandragorę, piołun, oleander, pokrzyk wilczą jagodę, tojad, opium i haszysz itd.

    Teraz wypadałoby wytłumaczyć się z wyboru postu pod którym umieszczam tę część komentarza. Doktor ładnie opisał działanie składników piołunu w zakresie „trzepania w beret”. Cytuję: „(…) kolorowe zwidy, utratę kontroli akomodacji, zaburzenia równowagi, szumi nam w uszach (…). Thujon blokuje receptory GABA. W strukturze tujonu dopatrzono się fragmentu mającego zdolność przyłączania się do tych samych receptorów co tetrahydrokanabinole.” Dodam zatem tylko słów kilka w temacie swojego komentarza.
    Alkohol przygotowywany na bazie piołunu, głównie absynt, pito nie tylko w celach konwersacyjno – plotkarskich (jak czynił to Pan Henryk wraz z kolegą). Raczyli się nim poeci i malarze XIX i początku XX wieku np.: Baudelaire, Rimbaud, Varlaine, van Goch, Toulouse – Lautrec itd. (ci z kolei po to, iżby szukać artystycznego natchnienia). Mówiono wówczas, że absynt pobudza artystyczne zdolności, pozwala interpretować świat w kategoriach światła i cienia (to pewnie cenili w absyncie impresjoniści) oraz ma moc oddzielać duszę od ciała. Absynt cieszył się takoż ogromną sławą skutecznego afrodyzjaku. Uważano, iż uwalnia od wszelkich trosk, pozwala zapomnieć o problemach codzienności. Dodatkowo zdolny jest ponoć: „rozpalić wszystkie zmysły, pozwala wznieść się ponad skostniałe konwencje, dodaje odwagi, pozbawia wszelkich zahamowań i przydaje szaleństwa …”.
    Chociaż dzisiejszy absynt, który możemy kupić np. u naszych południowych sąsiadów, to już nie ten sam trunek co w XIX wieku, warto jednak spróbować jego smaku i działania.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>