Archiwa

lipiec 2026
P W Ś C P S N
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwa

Lex Szarlatan – między ochroną pacjenta a wolnością nauki. Uwagi krytyczne i postulat uregulowania zawodu zielarza, fitoterapeuty i naturopaty

Wprowadzenie

3 lipca 2026 roku Sejm uchwalił ustawę o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, nazwaną w debacie publicznej „Lex Szarlatan”[1]. Tekst przekazano do Senatu, a zgodnie z jej art. 3 przepisy wchodzą w życie po upływie trzech miesięcy od dnia ogłoszenia. Sam kierunek regulacji, czyli ochrona chorego przed oszustem, który na strachu i nadziei zarabia pieniądze, jest słuszny i trudny do zakwestionowania. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach: w definicjach pojęć nieostrych, w rozłożeniu kompetencji oraz w tym, komu państwo powierza rozstrzyganie, co jest „zgodne z aktualną wiedzą medyczną”, a co „dezinformacją”. Poniższe moje uwagi nie są głosem przeciw ochronie pacjenta. Są głosem za tym, by narzędzie tej ochrony nie stało się przy okazji narzędziem cenzury nauki i wąskiego monopolu poznawczego. Ponieważ dysponuję już tekstem uchwalonym, odnoszę się do konkretnych przepisów.

Co ustawa rzeczywiście wprowadza

Nowelizacja rozbudowuje ustawę z 6 listopada 2008 roku[2] i dodaje do niej dwa nowe rozdziały: 13c o postępowaniu w sprawach praktyk pseudomedycznych oraz 13d o dezinformacji medycznej. Rdzeniem pierwszego jest definicja z art. 67zj. Zgodnie z nią praktyką pseudomedyczną jest, po pierwsze, udzielanie świadczeń zdrowotnych stwarzających ryzyko uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia, albo śmierci człowieka przez osobę niewykonującą zawodu medycznego; po drugie, oferowanie lub stosowanie metody, której bezpodstawnie przypisuje się właściwości lecznicze w zakresie diagnostyki lub leczenia małoletnich, chorób onkologicznych, ciężkich nieuleczalnych chorób lub zaburzeń psychicznych; po trzecie, wykonywanie działalności leczniczej bez wpisu do rejestru – a wszystko to tylko wtedy, gdy jest podejmowane w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. Artykuł 67zj ust. 2 stanowi krótko: zakazane jest stosowanie praktyk pseudomedycznych.

Trzeba to od razu podkreślić, w imię rzetelności: definicja jest węższa, niż sugerował rozgłos wokół projektu. Nie obejmuje zielarstwa ani fitoterapii jako takich. Kryterium zawężające jest potrójne: element zarobkowy, brak uprawnień lub wpisu oraz odniesienie do sytuacji granicznych, w których stawką bywa życie: onkologia, choroby nieuleczalne, zaburzenia psychiczne, dzieci. Uczciwy zielarz oferujący Melissa officinalis na sen czy Urtica dioica jako środek ogólnie wzmacniający nie staje się przez tę ustawę przestępcą. To ważne i sprawiedliwe rozgraniczenie, które należy odnotować, zanim przejdzie się do zastrzeżeń.

Rzecznik Praw Pacjenta otrzymuje przy tym narzędzia władcze: ostrzeżenie publiczne oraz decyzję tymczasową z rygorem natychmiastowej wykonalności, wydawaną przed zakończeniem postępowania na czas do miesiąca (art. 64a); kary pieniężne do 1 000 000 zł za naruszenie zakazu (art. 68), do 100 000 zł za nieprzekazanie dokumentów (art. 69) oraz karę dla osoby kierującej podmiotem do dwudziestokrotności przeciętnego wynagrodzenia (art. 69b). To istotne przesunięcie ustrojowe: organ dotąd o charakterze przede wszystkim rzeczniczym i interwencyjnym otrzymuje realne kompetencje quasi-regulacyjne, zbliżone do tych, jakimi dysponuje Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Co w tej ustawie jest słuszne

Powiedzmy to wprost, bez taryfy ulgowej dla własnego środowiska. Istnieją praktyki jednoznacznie groźne. Wieloletnie, wielolekowe „leczenie” boreliozy w schemacie odbiegającym od rekomendacji naraża chorych na realne powikłania. Namawianie rodziców dzieci na podawanie dwutlenku chloru, odwodzenie chorego onkologicznie od terapii na rzecz „metody” bez żadnych podstaw, sprzedaż „leków, które wyleczą raka albo depresję” – to nie jest medycyna naturalna ani medycyna tradycyjna. To żerowanie na cierpieniu. Ustawa celuje właśnie w takie sytuacje: łączy zakaz z zarobkiem i z chorobami, w których zwłoka bywa śmiertelna. W tym zakresie wypełnia rzeczywistą lukę i zasługuje na poparcie.

Dezinformacja medyczna – najostrzejsze narzędzie ustawy

Znacznie poważniejsze wątpliwości budzi rozdział 13d. Artykuł 67zn definiuje dezinformację medyczną jako podejmowane w celu korzyści majątkowej lub osobistej działania wprowadzające w błąd, polegające na publicznym rozpowszechnianiu lub promowaniu nieprawdziwych informacji o metodzie „niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną, zagrażającej życiu lub zdrowiu”, lub o rzekomej szkodliwości metody z tą wiedzą zgodnej. Rzecznik prowadzi jawny rejestr podmiotów prowadzących dezinformację medyczną i publikuje go w internecie. Co więcej, na jego wniosek przedsiębiorca telekomunikacyjny ma obowiązek w ciągu siedmiu dni przekierować połączenia odwołujące się do wskazanej domeny na stronę Rzecznika z ostrzeżeniem.

To jest mechanizm o ciężarze gatunkowym znacznie większym niż karanie znachora. Publiczny rejestr „dezinformujących” oraz administracyjne przekierowanie domen internetowych to instrumenty, które ocierają się o wolność słowa i wolność publikacji. Osią całej konstrukcji jest zwrot „aktualna wiedza medyczna” – i to on decyduje o wszystkim. Kto i w jakim trybie ustali, że dana teza jest z nią „niezgodna”? Ustawa powierza to Rzecznikowi. I tu zaczyna się mój zasadniczy sprzeciw.

Kompetencja poznawcza Rzecznika i pułapka „aktualnej wiedzy medycznej”

Tym samym zwrotem – „aktualna wiedza medyczna” – posługuje się od lat art. 4 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Problem w tym, że nie jest to zbiór zamknięty ani jednorodny. To pole napięć, rewizji i sporów; to, co dziś jest standardem, wczoraj bywało herezją, a jutro może okazać się błędem. Rzecznik Praw Pacjenta jest urzędem, nie ciałem naukowym. Nie dysponuje, bo dysponować nie może – kompetencją merytoryczną do rozstrzygania, która teza z zakresu farmakognozji, fitoterapii, toksykologii czy dietetyki jest „aktualna”, a która „przestarzała”. Powierzenie takiej oceny organowi administracyjnemu grozi zamianą sporu naukowego na rozstrzygnięcie władcze, w którym o prawdzie decyduje nie argument, lecz decyzja z rygorem natychmiastowej wykonalności i wpis do rejestru.

Wg mnie, naturalną odpowiedzią wydaje się powołanie rady ekspertów albo komitetu naukowego przy Rzeczniku. Sam postulat jest rozsądny. Natychmiast jednak wraca pytanie fundamentalne: kto miałby w takim ciele zasiąść? Nikt nie ma wyłączności na wiedzę. Gdyby skład rady wyznaczało jedno środowisko czy jedna szkoła, otrzymalibyśmy nie trybunał prawdy, lecz instytucjonalizację jednego punktu widzenia. W nauce obowiązywać musi wolność uznawania kogoś za autorytet oraz wolność formułowania tez, idei i hipotez. Samozwańczy recenzent, choćby z tytułem, nie może z urzędu orzekać, że dorobek innego specjalisty jest „dezinformacją”. To nie obrona bylejakości, lecz obrona zasady, że w nauce twierdzenia falsyfikuje się dowodami, a nie unieważnia decyzją administracyjną. Dodam rzecz istotną dla mojego pola: nawet lekarze zasiadający w takiej radzie nie mają zwykle pogłębionej wiedzy z fitoterapii, fitochemii, botaniki czy farmakognozji, bo nie są to przedmioty ich kształcenia. Ocena, czy monografia dotycząca Digitalis, Aesculus hippocastanum czy Artemisia absinthium jest „aktualna”, wymaga kompetencji, których urząd po prostu nie posiada.

Głosy samorządu lekarskiego: „istnieje jedna medycyna”

Niepokój o wolność debaty nie jest abstrakcyjny. W środowisku samorządu lekarskiego wybrzmiewa stanowisko, że medycyna jest tylko jedna, a wszystko poza nią należy nazwać pseudomedycyną. Na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia 6 lutego 2025 roku wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusz Komor mówił: „Istnieje jedna medycyna, to jest tak jak matematyka. Nikt nie mówi, że jest matematyka alternatywna, zawsze dwa plus dwa wynosi cztery”[3]. Zdanie efektowne, lecz mylące. Matematyka operuje dowodem formalnym; medycyna jest nauką empiryczną, w której wiedza jest niepełna, probabilistyczna i historycznie zmienna. Utożsamienie jej z arytmetyką zamyka z góry pole, które z natury pozostaje otwarte.

Ten sam kierunek widać w praktyce. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej domagało się usunięcia z Polskiej Klasyfikacji Działalności kodu 86.96[4], obejmującego medycynę tradycyjną, uzupełniającą i alternatywną, argumentując, że sama jego obecność legitymizuje działania niepoparte dowodami. Rzecz w tym, że kod statystyczny nie orzeka o skuteczności – jedynie odnotowuje istnienie zjawiska gospodarczego. Dążenie do wymazania samej kategorii z rejestrów pokazuje jednak skalę ambicji: nie chodzi tylko o ściganie oszustw, lecz o wyparcie całego obszaru z języka urzędowego.

Pozostaje najbardziej drażliwa kwestia – piśmiennictwo. Czy padają głosy zmierzające do zakazu wydawania i sprzedaży czasopism oraz książek o medycynie naturalnej? Rzetelność wymaga rozróżnienia. W dostępnych źródłach nie znalazłem sformalizowanego żądania delegalizacji druku ani wycofania książek – samorząd lekarski deklaruje raczej bezsilność wobec dotychczasowych przepisów. Rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej, komentując miesięcznik „Zdrowie bez leków” dostępny na Poczcie i w Empiku, stwierdził: „Jesteśmy świadomi tej sytuacji, ale niestety nie mamy na nią wpływu. Bardzo liczymy na zapowiadaną przez Ministerstwo Zdrowia ustawę „Lex szarlatan”, która pozwoli na walkę ze szkodliwymi z perspektywy zdrowia publicznego treściami”[5]. I to jest sedno niepokoju. Narzędziem, po które się sięga, ma być właśnie kategoria dezinformacji medycznej, a ta, rozpowszechniana publicznie i z korzyścią, obejmuje z definicji treść: artykuł, wykład, książkę, stronę internetową. Choć nikt nie żąda dziś stosu, konstrukcja ustawy otwiera drogę, na której końcu urzędnik ocenia zawartość publikacji, a operator przekierowuje domenę. Warto pamiętać, że rynek już raz zadziałał sam: w 2020 roku to samo pismo wycofano ze sprzedaży w kilku sieciach po krytyce jego treści[6].

Dydaktyka i piśmiennictwo naukowe to nie praktyka lecznicza

Z powyższego wynika najpoważniejsze zastrzeżenie ustrojowe. Nauczyciel akademicki i wykładowca nie udzielają świadczeń zdrowotnych i nie mają pacjentów. Przedmiotem ich działania jest wiedza i jej przekazywanie, a nie leczenie konkretnej osoby. Rzecznik Praw Pacjenta jest z definicji strażnikiem praw pacjenta – a tam, gdzie nie ma pacjenta, brak też podstawy do jego interwencji. Tymczasem definicja dezinformacji medycznej operuje pojęciem publicznego rozpowszechniania informacji, nie zaś leczenia. To otwiera pole do oceniania wykładów, kursów, sylabusów i artykułów naukowych – obszaru, który należy do autonomii szkolnictwa wyższego, recenzji naukowej i właściwych ciał akademickich, nie zaś do organu ochrony praw pacjenta.

Gdyby ten sam urząd mógł uznać artykuł czy wykład za „dezinformację medyczną” i wpisać jego autora do jawnego rejestru, otrzymalibyśmy mechanizm mrożący debatę naukową. Badacz przestałby stawiać hipotezy niewygodne wobec obowiązującego konsensusu z obawy przed sankcją. To zaprzeczenie sensu nauki, która żyje wyłącznie sporem. Ustawa powinna wyraźnie wyłączyć działalność dydaktyczną, naukową i publikacyjną spod tej kompetencji, ograniczając władztwo Rzecznika do sfery rzeczywistego udzielania świadczeń konkretnym pacjentom.

Uderzenie w lekarza sięgającego po metody niestandardowe

Definicja praktyki pseudomedycznej celuje w osobę niewykonującą zawodu medycznego, więc formalnie nie dotyka lekarza. Lekarz pozostaje jednak w zasięgu rozdziału o dezinformacji medycznej oraz odpowiedzialności zawodowej, jeżeli publicznie i odpłatnie promuje metodę uznaną za niezgodną z aktualną wiedzą. A przecież prawo od dawna przewiduje odstępstwa: obok obowiązku działania zgodnie z aktualną wiedzą medyczną istnieje instytucja eksperymentu leczniczego, dopuszczająca postępowanie odbiegające od utrwalonej praktyki, gdy rokuje ono korzyść choremu. Jeżeli nowe przepisy będą interpretowane szeroko, ucierpi indywidualizacja leczenia i odwaga terapeutyczna lekarza sięgającego po metodę dawną lub niestandardową, niekiedy ratującą życie tam, gdzie procedura standardowa zawiodła. Medycyna to nie algorytm wykonywany bez wyjątku; to sztuka rozstrzygania w warunkach niepewności, w interesie konkretnego pacjenta. Ustawa musi odróżniać oszusta od lekarza, który świadomie i odpowiedzialnie odstępuje od schematu – inaczej mrożący efekt dotknie właśnie najlepszych, najbardziej samodzielnych klinicystów.

Kontekst prawny: kto leczy, czym leczy, co wolno oferować

Warto przypomnieć, że polski porządek prawny reguluje tę materię wielowarstwowo i „Lex Szarlatan” wchodzi w już gęstą tkankę przepisów. Prawo do udzielania świadczeń zdrowotnych przysługuje przede wszystkim lekarzowi – na podstawie ustawy z 5 grudnia 1996 roku o zawodach lekarza i lekarza dentysty[7]. Wytwarzanie i obrót produktami leczniczymi reguluje ustawa z 6 września 2001 roku Prawo farmaceutyczne[8], przewidująca odpowiedzialność karną za wprowadzanie do obrotu produktu leczniczego bez pozwolenia oraz za wytwarzanie go bez zezwolenia. Suplementy diety, którym w praktyce nagminnie przypisuje się właściwości lecznicze, podlegają odrębnemu reżimowi żywnościowemu: dyrektywie 2002/46/WE, rozporządzeniu (WE) nr 1924/2006 o oświadczeniach zdrowotnych oraz ustawie z 25 sierpnia 2006 roku o bezpieczeństwie żywności i żywienia[9]. Przepisy te już teraz zabraniają przypisywania środkowi spożywczemu zdolności zapobiegania chorobom, ich leczenia lub wyleczenia.

Wniosek jest istotny. Znaczna część patologii, które „Lex Szarlatan” chce zwalczać – nielegalne leczenie, obrót nielegalnymi „lekami”, bezprawne oświadczenia zdrowotne – jest już zakazana obowiązującym prawem. Realnym problemem nie zawsze jest brak przepisu, lecz brak skutecznego egzekwowania tego, co już obowiązuje. Zanim doda się organowi kompetencje do oceny „aktualności wiedzy”, należy zapytać, czy nie wystarczy egzekwować istniejących zakazów wobec jawnych oszustw.

Postulat: uregulować zawód zielarza, fitoterapeuty i naturopaty

Paradoksalnie, największą ochroną pacjenta nie byłby nowy zakaz, lecz uporządkowanie zawodów, które dziś funkcjonują w prawnej próżni. Zielarz, fitoterapeuta i naturopata nie są w Polsce zawodami regulowanymi. Figurują jedynie w klasyfikacji zawodów – zielarz-fitoterapeuta pod kodem 323012[10], obok naturopaty, w grupie „praktykujący niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii” – co nie reguluje ani sposobu kształcenia, ani uprawnień. W tej próżni bujnie rośnie to, co ustawa słusznie chce ograniczać.

Zacząć trzeba od uczciwego rozróżnienia pojęć. Zielarstwo to uprawa, pozyskiwanie i przetwarzanie surowca zielarskiego – bliżej mu do farmacji niż do terapii; zielarstwo nie jest tożsame z ziołolecznictwem. Fitoterapia to metoda leczenia preparatami roślinnymi, a fitoterapeuta jest w istocie odpowiednikiem osoby leczącej. Naturopatia opiera się na diecie i czynnikach fizycznych, stymulujących samoleczenie. Samo pojęcie fitoterapii, wprowadzone przez Henriego Leclerca w 1913 roku[11], ma zresztą rodowód ściśle lekarski. Złączenie w wykazie nazwy „zielarz-fitoterapeuta” było błędem, bo wciąga zielarza w sferę leczenia i czyni jego usługi prawnie niepewnymi. Rozdzielenie tych profesji jest pierwszym krokiem porządkującym.

Krok drugi to rzetelna ścieżka kwalifikacji. Egzaminy potwierdzające kwalifikacje powinny odbywać się w akredytowanych uczelniach prowadzących pokrewne kierunki – takich, na których wykłada się botanikę farmaceutyczną, farmakognozję, chemię produktów naturalnych, fizjologię i toksykologię – a nie przed przypadkowymi organizatorami komercyjnych kursów. Trzeba przy tym jasno powiedzieć: izby rzemieślnicze nie mają do tego tytułu. Ustawa o rzemiośle wprost wyłącza z rzemiosła usługi lecznicze, nie sposób więc statutem przyznać sobie prawa egzaminowania w zawodzie związanym z leczeniem ani nadawać w nim tytułu czeladnika czy mistrza. Hobbystyczny egzamin jest dopuszczalny; nazywanie go „państwowym i jedynym słusznym, nadającym uprawnienia” jest wprowadzaniem ludzi w błąd – a więc dokładnie tym, co ustawa deklaruje zwalczać.

Uregulowany zawód – z programem kształcenia, egzaminem w uczelni i jasnym zakresem czynności, wykonywanych w razie potrzeby we współpracy z lekarzem – chroniłby pacjenta skuteczniej niż jakikolwiek zakaz. Oddzielałby bowiem kompetentnego fitoterapeutę od naciągacza mocą wykształcenia i odpowiedzialności zawodowej, a nie mocą uznaniowej decyzji urzędu.

Zakończenie

„Lex Szarlatan” trafnie diagnozuje chorobę – plagę medycznego oszustwa – a jej rozdział o praktykach pseudomedycznych jest zawężony sensownie: do działań zarobkowych, bez uprawnień, w chorobach, w których zwłoka zabija. Tę część popieram. Sprzeciwiam się natomiast rozdziałowi o dezinformacji medycznej w kształcie, który czyni urząd arbitrem prawdy naukowej, obejmuje treści, wykłady i publikacje oraz pozwala przekierowywać domeny internetowe. Sprzeciwiam się powierzaniu oceny „aktualnej wiedzy medycznej” organowi, który z natury rzeczy jej nie posiada, zwłaszcza w fitoterapii. Rozwiązaniem nie jest cenzura ani monopol jednego paradygmatu, lecz dwie rzeczy naraz: egzekwowanie przepisów, które już dziś zakazują oszustwa, oraz uregulowanie – wreszcie – zawodu zielarza, fitoterapeuty i naturopaty, z egzaminami w akredytowanych uczelniach. Państwo powinno chronić chorego przed kłamstwem, ale nie powinno rozstrzygać, kto w nauce ma rację. To rozstrzyga dowód, czas i wolna debata.


[1]Ustawa o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta uchwalona przez Sejm 3 lipca 2026 roku (za 232 głosy, przeciw 34, wstrzymujących się 162); tekst przekazano do Senatu. Zob. „Sejm uchwalił lex szarlatan. Nawet 1 mln zł kary za groźne praktyki”, portalsamorzadowy.pl, 3 lipca 2026.

[2]Ustawa z dnia 6 listopada 2008 roku o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta (Dz.U. 2009 nr 52 poz. 417, z późn. zm.).

[3]Wypowiedź wiceprezesa Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusza Komora na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia 6 lutego 2025 roku. Zob. „Istnieje jedna medycyna. Przedstawiciele NRL podczas Komisji Zdrowia”, Naczelna Izba Lekarska, nil.org.pl.

[4]Kod 86.96.Z wprowadzony rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 18 grudnia 2024 roku w sprawie Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD); Prezydium NRL wnosiło o jego usunięcie. Zob. „Medycyna alternatywna wśród kodów PKD – kontrowersje”, prawo.pl.

[5]Wypowiedź rzecznika prasowego Naczelnej Izby Lekarskiej będąca komentarzem do dystrybucji miesięcznika „Zdrowie bez leków”.

[6]W 2020 roku sieci Biedronka i Carrefour, a następnie Empik, wstrzymały sprzedaż miesięcznika „Zdrowie bez leków” po krytyce jego treści. Zob. wirtualnemedia.pl, marzec 2020.

[7]Ustawa z dnia 5 grudnia 1996 roku o zawodach lekarza i lekarza dentysty (Dz.U. 1997 nr 28 poz. 152, z późn. zm.).

[8]Ustawa z dnia 6 września 2001 roku Prawo farmaceutyczne (Dz.U. 2001 nr 126 poz. 1381, z późn. zm.).

[9]Dyrektywa 2002/46/WE Parlamentu Europejskiego i Rady; rozporządzenie (WE) nr 1924/2006 w sprawie oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych; ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 roku o bezpieczeństwie żywności i żywienia (Dz.U. 2006 nr 171 poz. 1225, z późn. zm.).

[10]Zielarz-fitoterapeuta, kod 323012, grupa 323 „Praktykujący niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii”; naturopata – kod 323009. Klasyfikacja zawodów i specjalności, rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 7 sierpnia 2014 roku.

[11]Henri Leclerc (1870–1955), francuski lekarz; termin „phytothérapie” wprowadził w 1913 roku, rozwinięty w dziele Précis de phytothérapie (1922).

Leave a Reply