Archiwa

sierpień 2026
P W Ś C P S N
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwa

Moje strony archiwalne i nowe możliwości ich udostępnienia, cz. IV, nużeniec ludzki – Demodex folliculorum et Demodex brevis; nużyca – demodekoza Demodecosis

Udostępniłem tekst z archiwalnej strony Nużeniec ludzki – Demodex folliculorum et Demodex brevis. Nużyca – demodekoza Demodecosis, z lat 2001-2004.

Dawny wygląd mojej strony o nużeńcu

Zawód zielarza i fitoterapeuty w Bułgarii i w Polsce. Moja analiza porównawcza i kolejna propozycja uporządkowania zawodu.

Wprowadzenie

Pytanie o to, czy fitoterapeuta i zielarz są w danym kraju zawodami uregulowanymi, wydaje się proste, w rzeczywistości jednak dotyka trzech odrębnych warstw, czy też obszarów prawa: warstwy samej czynności leczniczej, warstwy surowca roślinnego oraz warstwy kształcenia. Bułgaria uporządkowała te obszary wcześniej, w sposób bardziej scalony niż Polska, i właśnie tę różnicę chcę tu pokazać, unikając uproszczeń. Nie chodzi bowiem o to, że Polska niczego nie unormowała, lecz o to, że rozwiązania bułgarskie są starsze i domknięte w jednym systemie, podczas gdy polskie pozostają rozproszone, niesfinalizowane i w dużym chaosie.

Bułgaria, fitoterapia jako czynność (działalność) zdrowotna

Podstawą jest ustawa o zdrowiu (Закон за здравето, Zakon za zdraveto). Weszła w życie 1 stycznia 2005 roku, a metodom niekonwencjonalnym poświęcono jej rozdział szósty, artykuły od 166 do 172. Ustawa posługuje się pojęciem „неконвенционални методи за благоприятно въздействие върху индивидуалното здраве”, metody niekonwencjonalne korzystnego oddziaływania na zdrowie jednostki.

Artykuł 166 zawiera zamknięty katalog dozwolonych metod. Ziołolecznictwo mieści się w punkcie „използване на нелекарствени продукти от органичен произход”, czyli stosowanie wyrobów pochodzenia organicznego, które nie są zarejestrowanymi produktami leczniczymi. W tym samym katalogu ustawodawca umieścił wyroby pochodzenia mineralnego, niekonwencjonalne metody fizykalne, homeopatię, akupunkturę i akupresurę, metody diagnostyczne z tęczówki, tętna i małżowiny usznej, a także dietetykę oraz lecznicze głodówki. Zatem nasi fitoterapeuci mogliby posługiwać się takimi produktami.

Artykuł 167 wyznacza próg kwalifikacyjny. Metody te, z wyłączeniem homeopatii, wolno wykonywać wyłącznie osobie, która legitymuje się jednym z trzech tytułów: dyplomem lekarza (odpowiednik magistra) medycyny, stomatologii albo farmacji, dyplomem specjalisty lub licencjata w kierunku „opieka zdrowotna”, bądź świadectwem ukończenia szkoły średniej wraz z zaświadczeniem o odbyciu nie mniej niż czterech semestrów kształcenia w wyższej szkole medycznej. Homeopatię zastrzeżono wyłącznie dla magistrów medycyny i stomatologii. Wymaga się nadto obywatelstwa państwa Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego lub Szwajcarii, pełni zdrowia psychicznego oraz niekaralności.

Wykonywanie tych czynności podlega obowiązkowemu wpisowi w regionalnej inspekcji zdrowia (регионална здравна инспекция, w skrócie РЗИ), po czym dyrektor inspekcji wydaje zaświadczenie o wpisie albo umotywowaną odmowę takiego wpisu. Ustawa nakłada obowiązek uzyskania świadomej, pisemnej zgody osoby oraz zakazuje reklamy metod niekonwencjonalnych. Istotne jest, że ustawodawca bułgarski unormował nie tyle sam zawód, ile czynność. Prawo nie tworzy tytułu „fitoterapeuta”, lecz określa, kto i pod jakimi warunkami wolno mu stosować ziołolecznictwo w celach zdrowotnych.

Bułgaria, unormowanie surowca i wykaz gatunków

Drugim filarem jest ustawa o roślinach leczniczych (Закон за лечебните растения, Zakon za lecebnite rastenija), uchwalona w 2000 roku i wielokrotnie nowelizowana. Jest to akt o charakterze przyrodniczo-gospodarczym, dotyczy bowiem nie leczenia, lecz ochrony i zrównoważonego użytkowania surowca zielarskiego.

Ustawa opiera się na wykazie gatunków. Załącznik do artykułu 1 wymienia gatunki objęte działaniem ustawy, to jest uznane za rośliny lecznicze w jej rozumieniu. Nad tym statycznym wykazem nadbudowano jednocześnie mechanizm dynamiczny. Zgodnie z artykułem 10 minister środowiska i wód (министър на околната среда и водите) corocznie, w terminie do 10 lutego, wydaje zarządzenie (заповед) ustanawiające „специален режим на опазване и ползване”, czyli szczególny reżim ochrony i użytkowania na dany rok. Zarządzenie określa, które gatunki są w danym sezonie wyłączone z pozyskiwania handlowego ze stanowisk naturalnych, a które podlegają limitom ilościowym. Gatunki geofitów wczesnowiosennych, na przykład Galanthus nivalis L., objęte są dodatkowo reżimem konwencji waszyngtońskiej CITES i bułgarskimi limitami zbioru, co dobrze pokazuje, jak ochrona krajowa splata się z prawem międzynarodowym.

Pozyskiwanie roślin leczniczych stanowiące działalność gospodarczą wykonuje się na podstawie pozwolenia (позволително), o czym stanowi artykuł 21. Zbiór na potrzeby własne oraz z upraw własnych jest z tego obowiązku zwolniony. Ustawa definiuje odrębnie zakres zbieracza ziół, w sumie zielarza (билкар, biłkar) oraz podmiotu skupującego i wstępnie przetwarzającego zioła (билкозаготвител, biłkozagotwitel). Artykuł 31 nakłada na ten drugi podmiot obowiązek zgłoszenia punktów skupu i magazynów regionalnej inspekcji ochrony środowiska i wód (РИОСВ) przed rozpoczęciem działalności oraz prowadzenia księgi skupionych, sprzedanych i posiadanych ilości ziół (книга за изкупените билки). Regionalny dyrektor inspekcji rozdziela roczne limity między zbieraczy. Całość tworzy zamknięty łańcuch ewidencyjny, od stanowiska naturalnego, przez punkt skupu, po sprawozdawczość roczną. To nie dotyczy drobnych zielarzy, lecz zielarzy-przedsiębiorców.

Bułgaria, jawny rejestr uprawnionych uzdrowicieli

Konsekwencją artykułu 167 i następnych ustawy o zdrowiu jest istnienie publicznej ewidencji uzdrowicieli, praktyków stosujących niekonwencjonalne metody. Każda z dwudziestu ośmiu regionalnych inspekcji zdrowia prowadzi i udostępnia „Регистър на лицата, които практикуват неконвенционални методи”, to jest rejestr osób praktykujących metody niekonwencjonalne, w tym fitoterapię. Wpis zawiera dane osoby oraz metodę, do której nabyła uprawnienie. Oznacza to, że w Bułgarii istnieje formalna, jawna lista osób uprawnionych do wykonywania zawodu fitoterapeuty, którzy praktykują czynności oddziałujące na zdrowie. Jest to zatem weryfikowalna lista praktyków.

Bułgaria, kształcenie

Kształcenie prowadzone jest na dwóch poziomach. Na poziomie zawodowym funkcjonuje specjalność „Билкарство” (Zielarstwo) o kodzie 6230604 w krajowej klasyfikacji, realizowana w ośrodkach kształcenia zawodowego (центрове за професионално обучение) i wieńczona stopniem kwalifikacji zawodowej.

Materia ta obecna jest także w szkolnictwie wyższym, co zbliża model bułgarski do polskiego. Uniwersytet Płowdiwski imienia Paisija Chilendarskiego (Пловдивски университет „Паисий Хилендарски”) prowadzi na Wydziale Biologicznym specjalność „Лечебни и етерични растения”, czyli Rośliny lecznicze i olejkodajne. Uniwersytet Rolniczy w Płowdiwie (Аграрен университет – Пловдив) kształci w specjalności „Етерично-маслени и медицински култури”, to jest Rośliny olejkodajne i lecznicze. Uniwersytet Tracki w Starej Zagorze (Тракийски университет – Стара Загора) oferuje agronomię w profilu roślin olejkodajnych. Uniwersytet Medyczny w Płowdiwie (Медицински университет – Пловдив) prowadzi specjalizację podyplomową „Лечебни растения и билково дело”, czyli Rośliny lecznicze i zielarstwo. Do tego dochodzi Uniwersytet Leśno-Techniczny w Sofii (Лесотехнически университет) z kształceniem agronomicznym z uwzględnieniem ziół.

Polska, zawód zielarza-fitoterapeuty i kształcenie

Polski porządek prawny zna figurę zawodową „zielarz-fitoterapeuta” o kodzie 323012. Zawód ten wprowadzono do klasyfikacji zawodów i specjalności rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 7 sierpnia 2014 roku, ogłoszonym w Dzienniku Ustaw z 2014 roku pod pozycją 1145, obowiązującym od 1 stycznia 2015 roku. Umiejscowiono go w dużej grupie 3, to jest wśród techników i innego średniego personelu, w grupie 323 nazwanej „praktykujący niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii”. Warto odnotować symetrię systematyczną. Zarówno polska klasyfikacja, jak i bułgarska, jako pochodne międzynarodowego standardu ISCO-08, sytuują ten zawód w tej samej rodzinie 323. Trzeba jednak podkreślić, że klasyfikacja zawodów jest w Polsce instrumentem statystyczno-zatrudnieniowym na potrzeby rynku pracy, nie zaś aktem regulującym wykonywanie czynności. Wpisanie zawodu do klasyfikacji nie tworzy licencji ani rejestru uprawnionych.

Kształcenie w Polsce rozwinęło się bogato i obejmuje pełną drabinę, od kursu po studia inżynierskie i podyplomowe. Na poziomie akademickim działają dziś co najmniej trzy kierunki. Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Krośnie prowadzi studia inżynierskie na kierunku „Zielarstwo”. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie prowadzi kierunek „Zielarstwo i terapie roślinne”. Politechnika Bydgoska prowadzi studia inżynierskie pierwszego stopnia na kierunku „Zielarstwo i fitoterapia”. Do tego dochodzą liczne studia podyplomowe z zakresu zielarstwa i fitoterapii, prowadzone na wielu uczelniach, w tym w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Krośnie, gdzie funkcjonują studia podyplomowe „Towaroznawstwo zielarskie, kosmetyczne i żywności funkcjonalnej”.

Odrębną, często mylnie utożsamianą z zawodem fitoterapeuty ścieżką są kursy towaroznawstwa zielarskiego. Ich ranga prawna wynika z rozporządzenia Ministra Zdrowia z 2 lutego 2009 roku w sprawie kwalifikacji osób wydających produkty lecznicze w placówkach obrotu pozaaptecznego (Dziennik Ustaw z 2009 roku, nr 21, pozycja 118). Zgodnie z tym aktem sklep zielarsko-medyczny może prowadzić farmaceuta, technik farmaceutyczny albo absolwent kursu drugiego stopnia z zakresu towaroznawstwa zielarskiego. Kursy takie prowadzą między innymi Państwowa Akademia Nauk Stosowanych w Krośnie, Instytut Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich oraz Instytut Medycyny Klasztornej. Trzeba to jasno powiedzieć, ukończenie kursu towaroznawstwa zielarskiego daje możliwość sprzedaży produktów w sklepie zielarsko-medycznym, natomiast nie uprawnia do wykonywania zawodu fitoterapeuty ani do świadczenia porady fitoterapeutycznej jako czynności oddziałującej na zdrowie. To rozróżnienie jest w polskiej praktyce nagminnie zacierane i warto je precyzować.

Dlaczego można mówić o wyprzedzeniu

Różnica między oboma krajami nie leży w istnieniu zawodu ani w kształceniu, bo tu są one porównywalne, a polskie szkolnictwo wyższe jest wręcz bogatsze w wyodrębnione kierunki. Różnica leży w architekturze prawa.

Po pierwsze, Bułgaria unormowała samo wykonywanie fitoterapii jako czynności oddziałującej na zdrowie. Ustawa o zdrowiu wiąże prawo do stosowania ziół w celach zdrowotnych z określonym wykształceniem, z obowiązkiem wpisu i z jawnym rejestrem uprawnionych. W Polsce zawód zielarza-fitoterapeuty figuruje wprawdzie w klasyfikacji, lecz sama klasyfikacja jest narzędziem statystyczno-zatrudnieniowym, nie zaś regulacją wykonywania czynności. Polska nie ma ustawowego rejestru fitoterapeutów ani ustawowego uprawnienia do tej czynności.

Po drugie, Bułgaria dysponuje odrębną, całościową ustawą o roślinach leczniczych już od 2000 roku, z wykazem gatunków, systemem pozwoleń, ewidencją punktów skupu i coroczną regulacją reżimu pozyskiwania. W Polsce kwestia ta jest rozproszona i trudna do ogarnięcia. Pozyskiwanie roślin ze stanowisk naturalnych reguluje ustawa o ochronie przyrody w części dotyczącej gatunków chronionych oraz ustawa o lasach, obrót surowcem i produktem leczniczym roślinnym normuje Prawo farmaceutyczne w zakresie zharmonizowanym z prawem Unii Europejskiej, brak natomiast jednego aktu o randze ustawy poświęconego roślinom leczniczym jako takim. Model bułgarski jest zatem bardziej scalony i logiczny. Wykaz roślin zielarskich daje też pogląd na to, co zielarz może zbierać i przetwarzać, a fitoterapeuta stosować w swojej praktyce. Nie ma tutaj sprzeczności jakie występują w Polsce. Jeśli GIS, GIF, i inne instytucje nie znajdą danego gatunku dziko rosnącej rośliny na liście lub monografiach EFSA, EMA, Nowej żywności i in., to uznają taką roślinę za nielegalną, nie dopuszczoną do obrotu i stosowania w medycynie lub nawet żywieniu.

Rzetelność nakazuje dodać zastrzeżenie. W warstwie produktu leczniczego roślinnego oba kraje podlegają temu samemu prawu Unii Europejskiej, w tym monografiom Komitetu do spraw Roślinnych Produktów Leczniczych, czyli HMPC, przy Europejskiej Agencji Leków, więc w tym wymiarze nie ma między nimi zapóźnienia. Polska tradycja farmakognostyczna i akademicka jest niewątpliwie długa, ale obecnie mało pielęgnowana, niedofinansowana i niedostatecznie popularyzowana w społeczeństwie, a przede wszystkim wśród młodzieży. Moim zdaniem zielarstwo i ziołolecznictwo w Bułgarii jest mocniej osadzone w społeczeństwie, szanowane, pielęgnowane i doceniane, nigdy nie jest dyskredytowane. Patrząc na dane o Czytelnikach moich stron, oglądających kanał na YT stwierdzam śmiało, że zielarstwo i ziołolecznictwo nie jest interesujące dla polskiej młodzieży (u mnie to 1-2% użytkowników, zależnie od tematu).

Teza o wyprzedzeniu przez Bułgarię odnosi się więc precyzyjnie do dwóch rzeczy, do istnienia ustawowego unormowania czynności fitoterapeutycznej wraz z publicznym rejestrem oraz do posiadania odrębnej ustawy o roślinach leczniczych. W obu tych punktach rozwiązanie bułgarskie jest logiczne i bardziej domknięte niż polskie.

Propozycja dla Polski, powiązanie fitoterapeuty z zawodem opiekuna medycznego

Model bułgarski podsuwa Polsce gotowy wzorzec. Skoro Bułgaria zamiast tworzyć osobny zawód związała prawo do fitoterapii z istniejącą kwalifikacją okołomedyczną, Polska może pójść tą samą drogą, korzystając z ram, które już posiada.

Od 26 marca 2024 roku obowiązuje ustawa z 17 sierpnia 2023 roku o niektórych zawodach medycznych (Dziennik Ustaw z 2023 roku, pozycja 1972). Ustawa ta po raz pierwszy objęła regulacją ustawową piętnaście zawodów medycznych, wśród nich opiekuna medycznego. Wprowadziła Centralny Rejestr Osób Uprawnionych do Wykonywania Zawodu Medycznego, obowiązek ustawicznego rozwoju zawodowego oraz odpowiedzialność zawodową. Powstała więc dokładnie ta infrastruktura, której w Polsce brakowało fitoterapeutom, to jest ustawowe uprawnienie, publiczny rejestr i nadzór.

Proponuję, aby fitoterapeutę powiązać z zawodem opiekuna medycznego przez trzy skoordynowane kroki. Pierwszy to nowelizacja ustawy o niektórych zawodach medycznych, polegająca na rozszerzeniu zakresu czynności opiekuna medycznego o kompetencje fitoterapeutyczne w części profilaktyczno-pielęgnacyjnej, albo na utworzeniu w tej ustawie odrębnego zawodu fitoterapeuty na wzór pozostałych zawodów wykazu, wraz z wpisem do wspólnego rejestru. Drugi to zmiana podstawy programowej kształcenia w zawodzie opiekun medyczny, oznaczonym kodem 532102, oraz odpowiednich rozporządzeń o kształceniu, przez dodanie modułów fitoterapeutycznych, to jest podstaw farmakognozji i fitochemii, nauki o postaciach i recepturze leku roślinnego, interakcji roślina lek, a także toksykologii roślin. Trzeci to formalne powiązanie tak uzupełnionej kwalifikacji z rejestrem zawodów medycznych i z systemem ustawicznego doskonalenia, dzięki czemu porada fitoterapeutyczna zyskałaby umocowanie i nadzór, których dziś jej brakuje.

Rozwiązanie takie miałoby trzy zalety. Nie mnożyłoby bytów, bo korzystałoby z istniejącej już ustawy i istniejącego rejestru. Wiązałoby prawo do stosowania ziół w opiece nad pacjentem z realnym minimum wiedzy medycznej, dokładnie tak jak czyni to artykuł 167 ustawy bułgarskiej. Wreszcie oddzielałoby wyraźnie dwie role, których dziś się nie rozróżnia, to jest sprzedawcę w sklepie zielarsko-medycznym, legitymującego się kursem towaroznawstwa, od osoby świadczącej poradę fitoterapeutyczną w opiece nad zdrowiem, która powinna mieć kwalifikację medyczną. Byłby to krok, którym Polska nadrobiłaby dystans do rozwiązań bułgarskich, nie odrzucając własnego, mocnego dorobku dydaktycznego, lecz spinając go klamrą ustawową.

Konkluzja

Bułgaria potraktowała fitoterapię jako czynność zdrowotną wymagającą kwalifikacji, wpisu i nadzoru, a surowiec zielarski jako dobro przyrodnicze wymagające planowego, ewidencjonowanego użytkowania. Polska zbudowała za to mocne szkolnictwo, od studiów inżynierskich w Krośnie, Lublinie, czy Bydgoszczy po liczne studia podyplomowe, oraz uznała zawód w klasyfikacji, pozostawiając jednak wykonywanie ziołolecznictwa poza ramami odrębnego unormowania i bez publicznego rejestru uprawnionych. Jeżeli miarą ma być kompletność i wczesność ram prawnych, obserwacja o bułgarskim wyprzedzeniu jest uzasadniona. Polska ma dziś wszystko, czego trzeba, aby ten dystans nadrobić, a najprostszą drogą wydaje się powiązanie fitoterapeuty z uregulowanym już zawodem opiekuna medycznego.

Sposób cytowania

APA (wyd. 7)

Różański, H. (2026). Zawód zielarza i fitoterapeuty w Bułgarii i w Polsce. Moja analiza porównawcza i kolejna propozycja uporządkowania zawodu. Medycyna dawna i współczesna. https://rozanski.li/

PN-ISO 690

RÓŻAŃSKI, Henryk. Zawód zielarza i fitoterapeuty w Bułgarii i w Polsce. Moja analiza porównawcza i kolejna propozycja uporządkowania zawodu [online]. Medycyna dawna i współczesna, 2026 [dostęp: dzień miesiąc rok]. Dostępny w internecie: https://rozanski.li/

Akty prawne przywołane w tekście

Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 7 sierpnia 2014 r. w sprawie klasyfikacji zawodów i specjalności na potrzeby rynku pracy oraz zakresu jej stosowania, Dz.U. 2014, poz. 1145.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 2 lutego 2009 r. w sprawie kwalifikacji osób wydających produkty lecznicze w placówkach obrotu pozaaptecznego, Dz.U. 2009, nr 21, poz. 118.

Ustawa z dnia 17 sierpnia 2023 r. o niektórych zawodach medycznych, Dz.U. 2023, poz. 1972.

Закон за здравето (Ustawa o zdrowiu). Държавен вестник, бр. 70/2004 z późn. zm., art. 166–172.

Закон за лечебните растения (Ustawa o roślinach leczniczych). Държавен вестник, бр. 29/2000 z późn. zm.

Dwa zawody, nie jeden. Propozycja uregulowania zawodu zielarza i fitoterapeuty

Punkt wyjścia: prawna próżnia i błąd nazewniczy

W polskim porządku prawnym zielarz i fitoterapeuta nie są zawodami regulowanymi. Figurują wyłącznie w klasyfikacji zawodów i specjalności, wprowadzonej rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 7 sierpnia 2014 roku, gdzie widnieją pod jednym połączonym kodem 323012 jako „zielarz-fitoterapeuta”, w grupie 323 obejmującej praktykujących niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii, obok naturopaty (kod 323009). Sama obecność w wykazie nie reguluje ani ścieżki kształcenia, ani uprawnień, ani odpowiedzialności zawodowej. To jest ta próżnia, w której, jak zauważam od lat na blogu „Medycyna dawna i współczesna” (rozanski.li), bujnie rośnie właśnie to, co ustawodawca później próbuje ścigać zakazami.

Uważam, i pisałem o tym wielokrotnie, że samo złączenie w wykazie nazwy „zielarz-fitoterapeuta” było błędem. Wciąga ono zielarza w sferę leczenia i czyni jego usługi prawnie niepewnymi, a jednocześnie rozmywa odpowiedzialność fitoterapeuty, który realnie wkracza w medycynę. W artykule „Moje rozterki nad zawodem zielarza, fitoterapeuty i naturopaty” wskazywałem, że terapia i leczenie są domeną profesjonalistów sfery zdrowia, a nie rzemiosła, i że izba rzemieślnicza nie ma tytułu do egzaminowania w zawodzie związanym z leczeniem. Ustawa o rzemiośle wprost wyłącza z rzemiosła usługi lecznicze. Punktem wyjścia każdej rozsądnej regulacji musi więc być rozdzielenie tych dwóch profesji, a nie ich dalsze zlepianie.

Rozróżnienie pojęć

Porządek zaczyna się od definicji. Zielarstwo to uprawa, pozyskiwanie, suszenie, przechowywanie i przetwarzanie surowca zielarskiego, czyli działalność bliższa farmacji stosowanej, ogrodnictwu i towaroznawstwu niż terapii. Zielarstwo nie jest tożsame z ziołolecznictwem. Zielarz wytwarza i ocenia surowiec, prowadzi jego identyfikację botaniczną i analizę jakościową, ale nie stawia rozpoznania i nie prowadzi chorego.

Fitoterapia to metoda leczenia preparatami roślinnymi, a fitoterapeuta jest w istocie osobą leczącą. Samo pojęcie fitoterapii ma rodowód ściśle lekarski. Termin phytothérapie wprowadził francuski lekarz Henri Leclerc (1870–1955) w 1913 roku, a rozwinął go w dziele Précis de phytothérapie z 1922 roku. Fitoterapeuta dobiera preparat do jednostki chorobowej, uwzględnia dawkę leczniczą i toksyczną, interakcje z lekami syntetycznymi, przeciwwskazania i stan pacjenta. To jest czynność z pogranicza medycyny i farmakologii klinicznej, nie zaś obrót towarem.

Naturopatia, dla porządku, opiera się na diecie i czynnikach fizycznych stymulujących samoleczenie, i stanowi trzecią, odrębną kategorię, której w tym eseju nie rozwijam, choć jej uregulowanie widzę analogicznie.

Z tego rozróżnienia płynie cała reszta. Zielarz i fitoterapeuta różnią się przedmiotem działania, poziomem ryzyka dla pacjenta i wymaganą kompetencją. Dlatego wymagają dwóch odrębnych ścieżek kształcenia i dwóch różnych trybów nadzoru.

Zielarz: zawód szkolny, od poziomu średniego do wyższego

Zielarza widzę jako zawód szkolny w pełnym tego słowa znaczeniu, wpisany do klasyfikacji zawodów szkolnictwa branżowego. Wpisanie zawodu do wykazu zawodów szkolnych otwiera drogę kształcenia w technikach i branżowych szkołach, z egzaminem zawodowym przed okręgową komisją egzaminacyjną i z tytułem technika zielarza. To rozwiązanie ma dwie zalety. Po pierwsze, daje państwowy, weryfikowalny standard kwalifikacji zamiast zaświadczeń wystawianych przez przypadkowych organizatorów komercyjnych kursów. Po drugie, otwiera naturalną ścieżkę awansu.

Absolwent szkoły średniej mógłby kontynuować kształcenie na uczelni, uzyskując tytuł zawodowy inżyniera, a następnie magistra, na kierunkach pokrewnych, na których wykłada się botanikę farmaceutyczną, farmakognozję, chemię produktów naturalnych, uprawę roślin leczniczych, towaroznawstwo zielarskie i podstawy fizjologii oraz toksykologii. Powstałby w ten sposób spójny ciąg: technik zielarz, inżynier, magister, z rosnącym zakresem kompetencji i samodzielności.

Nadzór nad tak rozumianym zielarstwem rozkłada się w sposób naturalny, choć niejednolity. Kształcenie na poziomie średnim należy do Ministerstwa Edukacji Narodowej, bo to ono prowadzi rejestr zawodów szkolnictwa branżowego i system egzaminów zawodowych. Kształcenie na poziomie wyższym, inżynierskie i magisterskie, należy do resortu nauki i szkolnictwa wyższego. Sama produkcja surowca, czyli uprawa i pozyskiwanie ze stanu naturalnego, wchodzi w kompetencje resortu rolnictwa, a w części dotyczącej pozyskiwania gatunków dziko rosnących także resortu środowiska. To rozproszenie nie jest wadą, jeśli kompetencje zostaną wyraźnie rozgraniczone. Zielarstwo z natury łączy rolnictwo, przetwórstwo i handel, i słusznie podlega tym resortom, które te dziedziny nadzorują.

Fitoterapeuta: zawód medyczny, poziom wyższy, samorząd i rejestr

Fitoterapeuta to inna kategoria, bo wkracza w medycynę. Tu poziom kształcenia musi być wyższy, uniwersytecki lub podyplomowy, a wejście do zawodu poprzedzone egzaminem państwowym przeprowadzanym w akredytowanych uczelniach prowadzących kierunki medyczne, farmaceutyczne lub pokrewne. Kandydat powinien wykazać się wiedzą z fitofarmakologii, farmakognozji, fitochemii, patologii, botaniki roślin leczniczych, toksykologii i bromatologii, a więc znacznie szerszą niż minimum opisane w obecnej charakterystyce zawodu przez resort pracy.

Skoro fitoterapeuta leczy, musi też odpowiadać za to jak lekarz i farmaceuta, w ramach odpowiedzialności zawodowej. Rejestr osób uprawnionych powinny prowadzić okręgowe izby zielarzy i fitoterapeutów, ewentualnie afiliowane przy izbach aptekarskich, a w części dotyczącej działalności leczniczej współpracujące z izbami lekarskimi. To izba, nie urząd i nie organizator kursu, weryfikowałaby kwalifikacje, prowadziła listę uprawnionych, rozpatrywała skargi i orzekała w sprawach odpowiedzialności zawodowej. Taki samorząd zawodowy jest jedynym rozwiązaniem, które oddziela kompetentnego fitoterapeutę od naciągacza mocą wykształcenia i odpowiedzialności, a nie mocą uznaniowej decyzji administracyjnej.

Nadzór merytoryczny nad zawodem fitoterapeuty widzę po stronie Ministerstwa Zdrowia, bo to zawód sfery zdrowia, wykonywany w razie potrzeby we współpracy z lekarzem. Odpowiedź na pytanie, kto ma stać na straży zawodu, nie brzmi więc „jeden resort”, lecz raczej: resort zdrowia dla fitoterapeuty i dla ram samorządu zawodowego, resort edukacji oraz nauki i szkolnictwa wyższego dla kształcenia, resort rolnictwa i środowiska dla surowca. Kluczem jest jasne rozgraniczenie tych kompetencji ustawą, tak by żaden obszar nie pozostał bezpański i by żaden organ nie rozstrzygał w sprawach, do których nie ma kompetencji merytorycznej.

Zakres czynności: gdzie kończy się zielarz, gdzie zaczyna fitoterapeuta

Sens rozdzielenia zawodów widać najlepiej w opisie ich kompetencji.

Zielarz uprawia i pozyskuje rośliny lecznicze, identyfikuje surowiec botanicznie i makroskopowo, prowadzi jego suszenie, przechowywanie i standaryzację, wykonuje podstawowe analizy jakościowe, w tym chromatografię cienkowarstwową (TLC, thin-layer chromatography), ocenia czystość i zanieczyszczenia surowca, sporządza mieszanki ziołowe do celów spożywczych i kosmetycznych oraz prowadzi obrót surowcem i wyrobami zielarskimi. Doradza w zakresie surowców dostępnych bez ograniczeń, o działaniu łagodnym, przeznaczonych do samoleczenia drobnych dolegliwości. Nie stawia rozpoznania choroby, nie prowadzi terapii chorób poważnych i nie wydaje surowców silnie działających poza kontrolą.

Fitoterapeuta dobiera i prowadzi leczenie preparatami roślinnymi, ustala dawkowanie lecznicze z uwzględnieniem masy ciała, wieku i stanu pacjenta, ocenia interakcje z lekami syntetycznymi, rozpoznaje przeciwwskazania i objawy niepożądane, monitoruje przebieg terapii i, w sytuacjach przekraczających jego kompetencje, kieruje pacjenta do lekarza. Może operować surowcami silnie działającymi w zakresie określonym przepisami, we współpracy z lekarzem lub farmaceutą. Jego działanie dotyczy konkretnego chorego, nie zaś obrotu towarem.

Granica jest więc czytelna. Zielarz odpowiada za surowiec i jego jakość, fitoterapeuta za jego zastosowanie u pacjenta. Tam, gdzie dziś przebiega ona przypadkowo i zależy od dobrej woli praktyka, ustawa powinna ją wyznaczyć wyraźnie.

Wzorzec szwajcarski: zawód, dyplom federalny, samorząd branżowy

Szwajcaria pokazuje, że fitoterapię można uregulować jako część uznanego państwowo zawodu, bez wchłaniania jej przez medycynę akademicką i bez spychania w szarą strefę. Naturopata w Szwajcarii, czyli Naturheilpraktiker, może uzyskać dyplom federalny, Naturheilpraktiker/in mit eidgenössischem Diplom, po zdaniu wyższego egzaminu zawodowego (höhere Fachprüfung). Egzamin i standard zawodu prowadzi organizacja branżowa OdA AM, czyli Organisation der Arbeitswelt Alternativmedizin Schweiz, a więc samorząd zawodowy, nie urząd.

Dyplom obejmuje cztery kierunki: medycynę ajurwedyjską, homeopatię, tradycyjną medycynę chińską (TCM) oraz tradycyjną europejską naturoterapię (TEN, Traditionelle Europäische Naturheilkunde). To właśnie w ramach TEN mieści się fitoterapia, czyli Phytotherapie i Pflanzenheilkunde, obok dietetyki, poradnictwa żywieniowego, hydroterapii i technik manualnych. Wejście do zawodu wymaga wykształcenia co najmniej średniego, wieloletniego szkolenia modułowego i praktyki zawodowej, udokumentowanych studiów przypadków oraz niekaralności. Istotne jest, że standard i egzamin trzyma środowisko zawodowe, a państwo uznaje dyplom.

Model szwajcarski dostarcza więc dwóch elementów, które proponuję przenieść na grunt polski: uznanego państwowo dyplomu poprzedzonego egzaminem oraz samorządu zawodowego jako gospodarza standardu i egzaminu. Warto dodać, że wieloletnie badania nad roślinami leczniczymi prowadzę między innymi w Szwajcarii, jako wieloletni stypendysta tamtejszej fundacji, i model ten obserwuję z bliska.

Wzorzec bułgarski: ustawa o roślinach leczniczych i lista gatunków

Bułgaria daje wzorzec innego rodzaju, uzupełniający, nie zaś zastępujący szwajcarski. Bułgarska ustawa o roślinach leczniczych (Закон за лечебните растения, obowiązująca od 2000 roku) reguluje ochronę, pozyskiwanie i obrót roślinami leczniczymi. Do ustawy dołączony jest załącznik, czyli wykaz gatunków roślin leczniczych objętych jej przepisami. Ustawa definiuje rolę pozyskiwacza ziół (билкозаготвител) i punktu skupu (билкозаготвителен пункт), wprowadza obowiązek dokumentowania pochodzenia surowca oraz zaświadczeń wydawanych przez gminy, a nadzór nad całością sprawuje resort środowiska i wód.

Trzeba tu zachować rzetelność i zasygnalizować rozbieżność, bo ma ona znaczenie. Bułgarski akt jest w pierwszym rzędzie ustawą o ochronie zasobu przyrodniczego i o obrocie surowcem, a nie ustawą regulującą zawód terapeuty. Nie należy więc oczekiwać, że rozwiąże on kwestię kompetencji fitoterapeuty. To, co z niego warto zapożyczyć, to sama idea ustawowej listy gatunków roślin leczniczych, prowadzonej i aktualizowanej urzędowo, oraz uporządkowanie łańcucha od pozyskania surowca do obrotu. Ochrona zawodu leczącego wymaga natomiast raczej wzorca szwajcarskiego. Rozsądna regulacja polska powinna połączyć oba: bułgarską ideę wykazu roślin z szwajcarskim modelem zawodu i dyplomu.

Polska lista roślin leczniczych: propozycja trójstopniowa

Idąc za bułgarskim pomysłem wykazu, ale dostosowując go do celu ochrony pacjenta, proponuję listę roślin leczniczych o strukturze trójstopniowej. Nawiązuje ona zresztą do klasycznego, farmaceutycznego podziału środków na trucizny (venena), środki silnie działające (separanda) i pozostałe, znanego z dawnych farmakopei i podręczników, u autorów takich jak Hager czy Georg Dragendorff (1836–1898).

Kategoria pierwsza obejmowałaby rośliny swobodnego obrotu, o działaniu łagodnym, stosowane jako żywność, przyprawy i herbatki, dostępne bez ograniczeń. Należą tu na przykład Melissa officinalis L., Mentha piperita L. czy Matricaria chamomilla L.

Kategoria druga obejmowałaby rośliny wydawane i stosowane w ramach porady zielarza lub fitoterapeuty, o wyraźnym działaniu farmakologicznym i wymagające znajomości dawkowania oraz przeciwwskazań, na przykład Valeriana officinalis L., Hypericum perforatum L. (ze względu na interakcje) czy Frangula alnus Mill.

Kategoria trzecia obejmowałaby rośliny silnie i toksycznie działające, zawierające substancje silnie działające, dostępne wyłącznie na receptę lub w obrocie aptecznym, poza swobodnym obrotem zielarskim. Należą tu klasyczne rośliny trujące i silnie działające: Digitalis purpurea L. i Digitalis lanata Ehrh. (glikozydy nasercowe), Atropa belladonna L. (alkaloidy tropanowe), Aconitum napellus L. (akonityna), Colchicum autumnale L. (kolchicyna) czy Convallaria majalis L.

Taka lista, prowadzona i aktualizowana urzędowo, dawałaby zielarzowi jasny obszar swobodnego działania, fitoterapeucie obszar działania pod jego odpowiedzialnością zawodową, a substancje najgroźniejsze pozostawiałaby w rękach lekarza i farmaceuty. Rozstrzygałaby przy tym spory, które dziś toczą się bez podstawy, o to, co zielarzowi wolno, a czego nie.

Dlaczego to lepsza ochrona pacjenta niż sam zakaz

Wracam na koniec do myśli, którą rozwijałem obszernie przy okazji uchwalonej w 2026 roku nowelizacji ustawy o prawach pacjenta, nazwanej w debacie „Lex Szarlatan”. Paradoksalnie największą ochroną pacjenta nie jest kolejny zakaz, lecz uporządkowanie zawodów, które dziś działają w prawnej próżni. Znaczna część patologii, które taka ustawa chce zwalczać, czyli nielegalne leczenie, obrót nielegalnymi preparatami, bezpodstawne oświadczenia zdrowotne, jest już zakazana obowiązującym prawem, od ustawy o zawodach lekarza, przez Prawo farmaceutyczne, po przepisy o bezpieczeństwie żywności. Realnym problemem bywa nie brak przepisu, lecz brak jego egzekwowania.

Uregulowany zawód, z programem kształcenia, egzaminem w akredytowanej uczelni, jasnym zakresem czynności i samorządem prowadzącym rejestr, chroni pacjenta skuteczniej niż jakikolwiek zakaz. Oddziela bowiem kompetentnego fitoterapeutę i rzetelnego zielarza od naciągacza mocą wykształcenia i odpowiedzialności zawodowej, a nie mocą uznaniowej decyzji urzędu, który z natury rzeczy nie dysponuje kompetencją merytoryczną w farmakognozji, fitochemii i fitoterapii. Rozdzielenie zawodu zielarza i zawodu fitoterapeuty, oparcie kształcenia na szkole średniej i wyższej, powierzenie egzaminów uczelniom, a rejestru samorządowi, oraz wprowadzenie ustawowej listy roślin leczniczych, to jest droga, którą uważam za właściwą. Państwo powinno chronić chorego przed kłamstwem, ale robić to przez porządek i kompetencję, nie przez zakaz i monopol jednego paradygmatu.


Bibliografia

Dragendorff, G. (1898). Die Heilpflanzen der verschiedenen Völker und Zeiten. Stuttgart: Ferdinand Enke.

Leclerc, H. (1922). Précis de phytothérapie. Paris: Masson et Cie.

Madaus, G. (1938). Lehrbuch der biologischen Heilmittel. Leipzig: Georg Thieme.

OdA AM. (b.d.). Höhere Fachprüfung. Naturheilpraktiker/in mit eidgenössischem Diplom. Organisation der Arbeitswelt Alternativmedizin Schweiz. Pobrano z https://www.oda-am.ch

Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 7 sierpnia 2014 r. w sprawie klasyfikacji zawodów i specjalności na potrzeby rynku pracy oraz zakresu jej stosowania (Dz.U. 2014 poz. 1145, z późn. zm.).

Różański, H. (2026). Lex Szarlatan, między ochroną pacjenta a wolnością nauki. Uwagi krytyczne i postulat uregulowania zawodu zielarza, fitoterapeuty i naturopaty [maszynopis]. Blog „Medycyna dawna i współczesna”, rozanski.li.

Różański, H. (b.d.). Moje rozterki nad zawodem zielarza, fitoterapeuty i naturopaty. Jakie znaczenie mają w nich niektóre Izby Rzemieślnicze? Blog „Medycyna dawna i współczesna”, rozanski.li.

Różański, H. (b.d.). Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej opublikowało opis zawodu zielarz-fitoterapeuta, kod zawodu 323012. Blog „Medycyna dawna i współczesna”, rozanski.li.

Ustawa z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty (Dz.U. 1997 nr 28 poz. 152, z późn. zm.).

Ustawa z dnia 6 września 2001 r. Prawo farmaceutyczne (Dz.U. 2001 nr 126 poz. 1381, z późn. zm.).

Wichtl, M. (Red.). (2009). Teedrogen und Phytopharmaka (wyd. 5). Stuttgart: Wissenschaftliche Verlagsgesellschaft.

Закон за лечебните растения (2000). Държавен вестник, бр. 29/2000 (z późn. zm.). Republika Bułgarii.

Moje strony archiwalne i nowe możliwości ich udostępnienia, cz. III; Dziegcie i smoły lecznicze – Pix seu Pyroleum

Udostępniłem tekst z archiwalnej strony Dziegcie i smoły leczniczePix seu Pyroleum, z 2005 roku. Treść strony została uzupełniona i poprawiona. Strona ta niegdyś cieszyła się dużą popularnością, bowiem była jedynym kompleksowym opracowaniem tych surowców. Życzę miłego czytania 

List Ludzi Nauki przeciwko Lex Szarlatan

Mój kolega prof. Łukasz Łuczaj zainicjował List Ludzi Nauki przeciwko nowelizacji ustawy o Rzeczniku Praw Pacjenta:

Moje strony archiwalne i nowe możliwości ich udostępnienia, cz. II; Antiparasitica et Anthelminthica

Dzisiaj udostępniłem tekst z archiwalnej strony Antiparasitica et Anthelminthica, z 2004 roku. Treść strony została uzupełniona i poprawiona. Życzę miłego czytania 🙂

Dawny wygląd strony o środkach przeciwpasożytniczych i przeciwrobaczych

Lex Szarlatan – między ochroną pacjenta a wolnością nauki. Uwagi krytyczne i postulat uregulowania zawodu zielarza, fitoterapeuty i naturopaty

Wprowadzenie

3 lipca 2026 roku Sejm uchwalił ustawę o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, nazwaną w debacie publicznej „Lex Szarlatan”[1]. Tekst przekazano do Senatu, a zgodnie z jej art. 3 przepisy wchodzą w życie po upływie trzech miesięcy od dnia ogłoszenia. Sam kierunek regulacji, czyli ochrona chorego przed oszustem, który na strachu i nadziei zarabia pieniądze, jest słuszny i trudny do zakwestionowania. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach: w definicjach pojęć nieostrych, w rozłożeniu kompetencji oraz w tym, komu państwo powierza rozstrzyganie, co jest „zgodne z aktualną wiedzą medyczną”, a co „dezinformacją”. Poniższe moje uwagi nie są głosem przeciw ochronie pacjenta. Są głosem za tym, by narzędzie tej ochrony nie stało się przy okazji narzędziem cenzury nauki i wąskiego monopolu poznawczego. Ponieważ dysponuję już tekstem uchwalonym, odnoszę się do konkretnych przepisów.

Co ustawa rzeczywiście wprowadza

Nowelizacja rozbudowuje ustawę z 6 listopada 2008 roku[2] i dodaje do niej dwa nowe rozdziały: 13c o postępowaniu w sprawach praktyk pseudomedycznych oraz 13d o dezinformacji medycznej. Rdzeniem pierwszego jest definicja z art. 67zj. Zgodnie z nią praktyką pseudomedyczną jest, po pierwsze, udzielanie świadczeń zdrowotnych stwarzających ryzyko uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia, albo śmierci człowieka przez osobę niewykonującą zawodu medycznego; po drugie, oferowanie lub stosowanie metody, której bezpodstawnie przypisuje się właściwości lecznicze w zakresie diagnostyki lub leczenia małoletnich, chorób onkologicznych, ciężkich nieuleczalnych chorób lub zaburzeń psychicznych; po trzecie, wykonywanie działalności leczniczej bez wpisu do rejestru – a wszystko to tylko wtedy, gdy jest podejmowane w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. Artykuł 67zj ust. 2 stanowi krótko: zakazane jest stosowanie praktyk pseudomedycznych.

Trzeba to od razu podkreślić, w imię rzetelności: definicja jest węższa, niż sugerował rozgłos wokół projektu. Nie obejmuje zielarstwa ani fitoterapii jako takich. Kryterium zawężające jest potrójne: element zarobkowy, brak uprawnień lub wpisu oraz odniesienie do sytuacji granicznych, w których stawką bywa życie: onkologia, choroby nieuleczalne, zaburzenia psychiczne, dzieci. Uczciwy zielarz oferujący Melissa officinalis na sen czy Urtica dioica jako środek ogólnie wzmacniający nie staje się przez tę ustawę przestępcą. To ważne i sprawiedliwe rozgraniczenie, które należy odnotować, zanim przejdzie się do zastrzeżeń.

Rzecznik Praw Pacjenta otrzymuje przy tym narzędzia władcze: ostrzeżenie publiczne oraz decyzję tymczasową z rygorem natychmiastowej wykonalności, wydawaną przed zakończeniem postępowania na czas do miesiąca (art. 64a); kary pieniężne do 1 000 000 zł za naruszenie zakazu (art. 68), do 100 000 zł za nieprzekazanie dokumentów (art. 69) oraz karę dla osoby kierującej podmiotem do dwudziestokrotności przeciętnego wynagrodzenia (art. 69b). To istotne przesunięcie ustrojowe: organ dotąd o charakterze przede wszystkim rzeczniczym i interwencyjnym otrzymuje realne kompetencje quasi-regulacyjne, zbliżone do tych, jakimi dysponuje Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Co w tej ustawie jest słuszne

Powiedzmy to wprost, bez taryfy ulgowej dla własnego środowiska. Istnieją praktyki jednoznacznie groźne. Wieloletnie, wielolekowe „leczenie” boreliozy w schemacie odbiegającym od rekomendacji naraża chorych na realne powikłania. Namawianie rodziców dzieci na podawanie dwutlenku chloru, odwodzenie chorego onkologicznie od terapii na rzecz „metody” bez żadnych podstaw, sprzedaż „leków, które wyleczą raka albo depresję” – to nie jest medycyna naturalna ani medycyna tradycyjna. To żerowanie na cierpieniu. Ustawa celuje właśnie w takie sytuacje: łączy zakaz z zarobkiem i z chorobami, w których zwłoka bywa śmiertelna. W tym zakresie wypełnia rzeczywistą lukę i zasługuje na poparcie.

Dezinformacja medyczna – najostrzejsze narzędzie ustawy

Znacznie poważniejsze wątpliwości budzi rozdział 13d. Artykuł 67zn definiuje dezinformację medyczną jako podejmowane w celu korzyści majątkowej lub osobistej działania wprowadzające w błąd, polegające na publicznym rozpowszechnianiu lub promowaniu nieprawdziwych informacji o metodzie „niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną, zagrażającej życiu lub zdrowiu”, lub o rzekomej szkodliwości metody z tą wiedzą zgodnej. Rzecznik prowadzi jawny rejestr podmiotów prowadzących dezinformację medyczną i publikuje go w internecie. Co więcej, na jego wniosek przedsiębiorca telekomunikacyjny ma obowiązek w ciągu siedmiu dni przekierować połączenia odwołujące się do wskazanej domeny na stronę Rzecznika z ostrzeżeniem.

To jest mechanizm o ciężarze gatunkowym znacznie większym niż karanie znachora. Publiczny rejestr „dezinformujących” oraz administracyjne przekierowanie domen internetowych to instrumenty, które ocierają się o wolność słowa i wolność publikacji. Osią całej konstrukcji jest zwrot „aktualna wiedza medyczna” – i to on decyduje o wszystkim. Kto i w jakim trybie ustali, że dana teza jest z nią „niezgodna”? Ustawa powierza to Rzecznikowi. I tu zaczyna się mój zasadniczy sprzeciw.

Kompetencja poznawcza Rzecznika i pułapka „aktualnej wiedzy medycznej”

Tym samym zwrotem – „aktualna wiedza medyczna” – posługuje się od lat art. 4 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Problem w tym, że nie jest to zbiór zamknięty ani jednorodny. To pole napięć, rewizji i sporów; to, co dziś jest standardem, wczoraj bywało herezją, a jutro może okazać się błędem. Rzecznik Praw Pacjenta jest urzędem, nie ciałem naukowym. Nie dysponuje, bo dysponować nie może – kompetencją merytoryczną do rozstrzygania, która teza z zakresu farmakognozji, fitoterapii, toksykologii czy dietetyki jest „aktualna”, a która „przestarzała”. Powierzenie takiej oceny organowi administracyjnemu grozi zamianą sporu naukowego na rozstrzygnięcie władcze, w którym o prawdzie decyduje nie argument, lecz decyzja z rygorem natychmiastowej wykonalności i wpis do rejestru.

Wg mnie, naturalną odpowiedzią wydaje się powołanie rady ekspertów albo komitetu naukowego przy Rzeczniku. Sam postulat jest rozsądny. Natychmiast jednak wraca pytanie fundamentalne: kto miałby w takim ciele zasiąść? Nikt nie ma wyłączności na wiedzę. Gdyby skład rady wyznaczało jedno środowisko czy jedna szkoła, otrzymalibyśmy nie trybunał prawdy, lecz instytucjonalizację jednego punktu widzenia. W nauce obowiązywać musi wolność uznawania kogoś za autorytet oraz wolność formułowania tez, idei i hipotez. Samozwańczy recenzent, choćby z tytułem, nie może z urzędu orzekać, że dorobek innego specjalisty jest „dezinformacją”. To nie obrona bylejakości, lecz obrona zasady, że w nauce twierdzenia falsyfikuje się dowodami, a nie unieważnia decyzją administracyjną. Dodam rzecz istotną dla mojego pola: nawet lekarze zasiadający w takiej radzie nie mają zwykle pogłębionej wiedzy z fitoterapii, fitochemii, botaniki czy farmakognozji, bo nie są to przedmioty ich kształcenia. Ocena, czy monografia dotycząca Digitalis, Aesculus hippocastanum czy Artemisia absinthium jest „aktualna”, wymaga kompetencji, których urząd po prostu nie posiada.

Głosy samorządu lekarskiego: „istnieje jedna medycyna”

Niepokój o wolność debaty nie jest abstrakcyjny. W środowisku samorządu lekarskiego wybrzmiewa stanowisko, że medycyna jest tylko jedna, a wszystko poza nią należy nazwać pseudomedycyną. Na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia 6 lutego 2025 roku wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusz Komor mówił: „Istnieje jedna medycyna, to jest tak jak matematyka. Nikt nie mówi, że jest matematyka alternatywna, zawsze dwa plus dwa wynosi cztery”[3]. Zdanie efektowne, lecz mylące. Matematyka operuje dowodem formalnym; medycyna jest nauką empiryczną, w której wiedza jest niepełna, probabilistyczna i historycznie zmienna. Utożsamienie jej z arytmetyką zamyka z góry pole, które z natury pozostaje otwarte.

Ten sam kierunek widać w praktyce. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej domagało się usunięcia z Polskiej Klasyfikacji Działalności kodu 86.96[4], obejmującego medycynę tradycyjną, uzupełniającą i alternatywną, argumentując, że sama jego obecność legitymizuje działania niepoparte dowodami. Rzecz w tym, że kod statystyczny nie orzeka o skuteczności – jedynie odnotowuje istnienie zjawiska gospodarczego. Dążenie do wymazania samej kategorii z rejestrów pokazuje jednak skalę ambicji: nie chodzi tylko o ściganie oszustw, lecz o wyparcie całego obszaru z języka urzędowego.

Pozostaje najbardziej drażliwa kwestia – piśmiennictwo. Czy padają głosy zmierzające do zakazu wydawania i sprzedaży czasopism oraz książek o medycynie naturalnej? Rzetelność wymaga rozróżnienia. W dostępnych źródłach nie znalazłem sformalizowanego żądania delegalizacji druku ani wycofania książek – samorząd lekarski deklaruje raczej bezsilność wobec dotychczasowych przepisów. Rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej, komentując miesięcznik „Zdrowie bez leków” dostępny na Poczcie i w Empiku, stwierdził: „Jesteśmy świadomi tej sytuacji, ale niestety nie mamy na nią wpływu. Bardzo liczymy na zapowiadaną przez Ministerstwo Zdrowia ustawę „Lex szarlatan”, która pozwoli na walkę ze szkodliwymi z perspektywy zdrowia publicznego treściami”[5]. I to jest sedno niepokoju. Narzędziem, po które się sięga, ma być właśnie kategoria dezinformacji medycznej, a ta, rozpowszechniana publicznie i z korzyścią, obejmuje z definicji treść: artykuł, wykład, książkę, stronę internetową. Choć nikt nie żąda dziś stosu, konstrukcja ustawy otwiera drogę, na której końcu urzędnik ocenia zawartość publikacji, a operator przekierowuje domenę. Warto pamiętać, że rynek już raz zadziałał sam: w 2020 roku to samo pismo wycofano ze sprzedaży w kilku sieciach po krytyce jego treści[6].

Dydaktyka i piśmiennictwo naukowe to nie praktyka lecznicza

Z powyższego wynika najpoważniejsze zastrzeżenie ustrojowe. Nauczyciel akademicki i wykładowca nie udzielają świadczeń zdrowotnych i nie mają pacjentów. Przedmiotem ich działania jest wiedza i jej przekazywanie, a nie leczenie konkretnej osoby. Rzecznik Praw Pacjenta jest z definicji strażnikiem praw pacjenta – a tam, gdzie nie ma pacjenta, brak też podstawy do jego interwencji. Tymczasem definicja dezinformacji medycznej operuje pojęciem publicznego rozpowszechniania informacji, nie zaś leczenia. To otwiera pole do oceniania wykładów, kursów, sylabusów i artykułów naukowych – obszaru, który należy do autonomii szkolnictwa wyższego, recenzji naukowej i właściwych ciał akademickich, nie zaś do organu ochrony praw pacjenta.

Gdyby ten sam urząd mógł uznać artykuł czy wykład za „dezinformację medyczną” i wpisać jego autora do jawnego rejestru, otrzymalibyśmy mechanizm mrożący debatę naukową. Badacz przestałby stawiać hipotezy niewygodne wobec obowiązującego konsensusu z obawy przed sankcją. To zaprzeczenie sensu nauki, która żyje wyłącznie sporem. Ustawa powinna wyraźnie wyłączyć działalność dydaktyczną, naukową i publikacyjną spod tej kompetencji, ograniczając władztwo Rzecznika do sfery rzeczywistego udzielania świadczeń konkretnym pacjentom.

Uderzenie w lekarza sięgającego po metody niestandardowe

Definicja praktyki pseudomedycznej celuje w osobę niewykonującą zawodu medycznego, więc formalnie nie dotyka lekarza. Lekarz pozostaje jednak w zasięgu rozdziału o dezinformacji medycznej oraz odpowiedzialności zawodowej, jeżeli publicznie i odpłatnie promuje metodę uznaną za niezgodną z aktualną wiedzą. A przecież prawo od dawna przewiduje odstępstwa: obok obowiązku działania zgodnie z aktualną wiedzą medyczną istnieje instytucja eksperymentu leczniczego, dopuszczająca postępowanie odbiegające od utrwalonej praktyki, gdy rokuje ono korzyść choremu. Jeżeli nowe przepisy będą interpretowane szeroko, ucierpi indywidualizacja leczenia i odwaga terapeutyczna lekarza sięgającego po metodę dawną lub niestandardową, niekiedy ratującą życie tam, gdzie procedura standardowa zawiodła. Medycyna to nie algorytm wykonywany bez wyjątku; to sztuka rozstrzygania w warunkach niepewności, w interesie konkretnego pacjenta. Ustawa musi odróżniać oszusta od lekarza, który świadomie i odpowiedzialnie odstępuje od schematu – inaczej mrożący efekt dotknie właśnie najlepszych, najbardziej samodzielnych klinicystów.

Kontekst prawny: kto leczy, czym leczy, co wolno oferować

Warto przypomnieć, że polski porządek prawny reguluje tę materię wielowarstwowo i „Lex Szarlatan” wchodzi w już gęstą tkankę przepisów. Prawo do udzielania świadczeń zdrowotnych przysługuje przede wszystkim lekarzowi – na podstawie ustawy z 5 grudnia 1996 roku o zawodach lekarza i lekarza dentysty[7]. Wytwarzanie i obrót produktami leczniczymi reguluje ustawa z 6 września 2001 roku Prawo farmaceutyczne[8], przewidująca odpowiedzialność karną za wprowadzanie do obrotu produktu leczniczego bez pozwolenia oraz za wytwarzanie go bez zezwolenia. Suplementy diety, którym w praktyce nagminnie przypisuje się właściwości lecznicze, podlegają odrębnemu reżimowi żywnościowemu: dyrektywie 2002/46/WE, rozporządzeniu (WE) nr 1924/2006 o oświadczeniach zdrowotnych oraz ustawie z 25 sierpnia 2006 roku o bezpieczeństwie żywności i żywienia[9]. Przepisy te już teraz zabraniają przypisywania środkowi spożywczemu zdolności zapobiegania chorobom, ich leczenia lub wyleczenia.

Wniosek jest istotny. Znaczna część patologii, które „Lex Szarlatan” chce zwalczać – nielegalne leczenie, obrót nielegalnymi „lekami”, bezprawne oświadczenia zdrowotne – jest już zakazana obowiązującym prawem. Realnym problemem nie zawsze jest brak przepisu, lecz brak skutecznego egzekwowania tego, co już obowiązuje. Zanim doda się organowi kompetencje do oceny „aktualności wiedzy”, należy zapytać, czy nie wystarczy egzekwować istniejących zakazów wobec jawnych oszustw.

Postulat: uregulować zawód zielarza, fitoterapeuty i naturopaty

Paradoksalnie, największą ochroną pacjenta nie byłby nowy zakaz, lecz uporządkowanie zawodów, które dziś funkcjonują w prawnej próżni. Zielarz, fitoterapeuta i naturopata nie są w Polsce zawodami regulowanymi. Figurują jedynie w klasyfikacji zawodów – zielarz-fitoterapeuta pod kodem 323012[10], obok naturopaty, w grupie „praktykujący niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii” – co nie reguluje ani sposobu kształcenia, ani uprawnień. W tej próżni bujnie rośnie to, co ustawa słusznie chce ograniczać.

Zacząć trzeba od uczciwego rozróżnienia pojęć. Zielarstwo to uprawa, pozyskiwanie i przetwarzanie surowca zielarskiego – bliżej mu do farmacji niż do terapii; zielarstwo nie jest tożsame z ziołolecznictwem. Fitoterapia to metoda leczenia preparatami roślinnymi, a fitoterapeuta jest w istocie odpowiednikiem osoby leczącej. Naturopatia opiera się na diecie i czynnikach fizycznych, stymulujących samoleczenie. Samo pojęcie fitoterapii, wprowadzone przez Henriego Leclerca w 1913 roku[11], ma zresztą rodowód ściśle lekarski. Złączenie w wykazie nazwy „zielarz-fitoterapeuta” było błędem, bo wciąga zielarza w sferę leczenia i czyni jego usługi prawnie niepewnymi. Rozdzielenie tych profesji jest pierwszym krokiem porządkującym.

Krok drugi to rzetelna ścieżka kwalifikacji. Egzaminy potwierdzające kwalifikacje powinny odbywać się w akredytowanych uczelniach prowadzących pokrewne kierunki – takich, na których wykłada się botanikę farmaceutyczną, farmakognozję, chemię produktów naturalnych, fizjologię i toksykologię – a nie przed przypadkowymi organizatorami komercyjnych kursów. Trzeba przy tym jasno powiedzieć: izby rzemieślnicze nie mają do tego tytułu. Ustawa o rzemiośle wprost wyłącza z rzemiosła usługi lecznicze, nie sposób więc statutem przyznać sobie prawa egzaminowania w zawodzie związanym z leczeniem ani nadawać w nim tytułu czeladnika czy mistrza. Hobbystyczny egzamin jest dopuszczalny; nazywanie go „państwowym i jedynym słusznym, nadającym uprawnienia” jest wprowadzaniem ludzi w błąd – a więc dokładnie tym, co ustawa deklaruje zwalczać.

Uregulowany zawód – z programem kształcenia, egzaminem w uczelni i jasnym zakresem czynności, wykonywanych w razie potrzeby we współpracy z lekarzem – chroniłby pacjenta skuteczniej niż jakikolwiek zakaz. Oddzielałby bowiem kompetentnego fitoterapeutę od naciągacza mocą wykształcenia i odpowiedzialności zawodowej, a nie mocą uznaniowej decyzji urzędu.

Zakończenie

„Lex Szarlatan” trafnie diagnozuje chorobę – plagę medycznego oszustwa – a jej rozdział o praktykach pseudomedycznych jest zawężony sensownie: do działań zarobkowych, bez uprawnień, w chorobach, w których zwłoka zabija. Tę część popieram. Sprzeciwiam się natomiast rozdziałowi o dezinformacji medycznej w kształcie, który czyni urząd arbitrem prawdy naukowej, obejmuje treści, wykłady i publikacje oraz pozwala przekierowywać domeny internetowe. Sprzeciwiam się powierzaniu oceny „aktualnej wiedzy medycznej” organowi, który z natury rzeczy jej nie posiada, zwłaszcza w fitoterapii. Rozwiązaniem nie jest cenzura ani monopol jednego paradygmatu, lecz dwie rzeczy naraz: egzekwowanie przepisów, które już dziś zakazują oszustwa, oraz uregulowanie – wreszcie – zawodu zielarza, fitoterapeuty i naturopaty, z egzaminami w akredytowanych uczelniach. Państwo powinno chronić chorego przed kłamstwem, ale nie powinno rozstrzygać, kto w nauce ma rację. To rozstrzyga dowód, czas i wolna debata.


[1]Ustawa o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta uchwalona przez Sejm 3 lipca 2026 roku (za 232 głosy, przeciw 34, wstrzymujących się 162); tekst przekazano do Senatu. Zob. „Sejm uchwalił lex szarlatan. Nawet 1 mln zł kary za groźne praktyki”, portalsamorzadowy.pl, 3 lipca 2026.

[2]Ustawa z dnia 6 listopada 2008 roku o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta (Dz.U. 2009 nr 52 poz. 417, z późn. zm.).

[3]Wypowiedź wiceprezesa Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusza Komora na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia 6 lutego 2025 roku. Zob. „Istnieje jedna medycyna. Przedstawiciele NRL podczas Komisji Zdrowia”, Naczelna Izba Lekarska, nil.org.pl.

[4]Kod 86.96.Z wprowadzony rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 18 grudnia 2024 roku w sprawie Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD); Prezydium NRL wnosiło o jego usunięcie. Zob. „Medycyna alternatywna wśród kodów PKD – kontrowersje”, prawo.pl.

[5]Wypowiedź rzecznika prasowego Naczelnej Izby Lekarskiej będąca komentarzem do dystrybucji miesięcznika „Zdrowie bez leków”.

[6]W 2020 roku sieci Biedronka i Carrefour, a następnie Empik, wstrzymały sprzedaż miesięcznika „Zdrowie bez leków” po krytyce jego treści. Zob. wirtualnemedia.pl, marzec 2020.

[7]Ustawa z dnia 5 grudnia 1996 roku o zawodach lekarza i lekarza dentysty (Dz.U. 1997 nr 28 poz. 152, z późn. zm.).

[8]Ustawa z dnia 6 września 2001 roku Prawo farmaceutyczne (Dz.U. 2001 nr 126 poz. 1381, z późn. zm.).

[9]Dyrektywa 2002/46/WE Parlamentu Europejskiego i Rady; rozporządzenie (WE) nr 1924/2006 w sprawie oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych; ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 roku o bezpieczeństwie żywności i żywienia (Dz.U. 2006 nr 171 poz. 1225, z późn. zm.).

[10]Zielarz-fitoterapeuta, kod 323012, grupa 323 „Praktykujący niekonwencjonalne lub komplementarne metody terapii”; naturopata – kod 323009. Klasyfikacja zawodów i specjalności, rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 7 sierpnia 2014 roku.

[11]Henri Leclerc (1870–1955), francuski lekarz; termin „phytothérapie” wprowadził w 1913 roku, rozwinięty w dziele Précis de phytothérapie (1922).

Moje strony archiwalne i nowe możliwości ich udostępnienia, cz. I

Moi wierni Czytelnicy, pamiętają jak 25 lat temu zacząłem budować strony internetowe w htm i html, bo php jeszcze wtedy nie znałem 🙂 W ciągu kilku lat opublikowałem kilkaset stron internetowych z zakresu medycyny, biologii, farmacji, toksykologii, filozofii przyrody i medycyny. Były fikuśne i niezdarne, niekiedy paskudne i niedorobione, nabite skryptami typu wyszukiwarki, pogoda, statystyki, zabierałem się nawet do opisu programów, które wtedy lubiłem. Jednakże strony te niosły za sobą coś więcej: wiedzę, czerpaną z książek, które posiadam w prywatnej bibliotece, książek niekiedy bardzo starych, z XVIII i XIX wieku, wielu prac z okresu międzywojennego. Google wtedy raczkowało, nie były FB, YT i innych popularnych dzisiaj serwisów, portali. Na przełomie lat 1999/2000 niewiele było materiałów dydaktycznych, stąd dla moich Studentów udostępniałem takie teksty, do moich wykładów i ćwiczeń. Potem były generatory stron w php, które ułatwiały zrobienie stron bardziej złożonych 🙂 Przykładowe strony sprzed lat:

Strony utrzymywałem na serwerach w Polsce oraz w Szwajcarii przez kilkanaście lat, aż nadszedł ich koniec. Nie posiadałem wtedy własnych domen, co pogarszało sprawę i wraz z zamykaniem usługodawców -serwerów (hostingów) przepadały strony i cała moja praca. Zaczęły się również włamania na strony htm i html nafaszerowane skryptami Java, co prowadziło do ich zniszczenia i awarii. W rezultacie odpuściłem. Mam kopie tych plików i stron, ale przepisywanie ich i kopiowanie zajmuje ogromnie dużo czasu. Niektóre straciły kodowanie polskich liter. Nie miałem na to siły, choć kilka razy próbowałem przywrócić niektóre strony. Czytelnicy zachęcali mnie do tego, ubolewali nad zniknięciem stron. Niektóre są w Internet Archive, ale nie wszystkie. Dzisiaj jednak nadeszła AI, która może spisać strony w zgrabne pliki pdf, poprawić je, posegregować informacje.

Postanowiłem dzisiaj dać Państwu próbkę odzyskanego tekstu z dawnej strony: Psychosimulantia, a wyglądała ona tak:

Max Wichtl (1925–2019) – Entuzjasta fitochemii – życie, dzieło i „der Wichtl”

Są w dziejach farmakognozji i fitochemii nazwiska, które z czasem przestają oznaczać człowieka, a zaczynają oznaczać Księgę i zarazem Człowieka-Instytucję. Tak właśnie stało się z Maxem Wichtlem. Gdy aptekarz w Wiedniu, Marburgu czy Bazylei mówi „sprawdź to w Wichtlu”, nie myśli już o austriackim profesorze o łagodnym, nieco figlarnym uśmiechu, lecz o grubym tomie w twardej oprawie, w którym każda roślina lecznicza ma swoją kartę — opis surowca, skład chemiczny, normy jakości, dawkowanie i ostrzeżenia. Niewielu uczonych dostąpiło tej osobliwej nieśmiertelności, stało się za życia naukowym „Dziełem książkowym”. Taką sytuację mamy w przypadku wielu moich Idoli: Hager, Madaus, Thoms, Hegnauer, Hiller, Rimpler, Hänsel, Dragendorff…

Wiedeńskie korzenie

Max Wichtl urodził się 6 października 1925 roku w Wiedniu — w mieście, które dla nauk farmaceutycznych przełomu XIX i XX wieku znaczyło tyle, co Paryż dla chemii organicznej. Wzrastał w cieniu wielkiej środkowoeuropejskiej tradycji aptekarskiej, w której botanika, chemia i medycyna nie były jeszcze rozłącznymi światami, lecz trzema obliczami jednej sztuki — ars pharmaceutica. Studia rozpoczął od chemii i botaniki, a więc od dwóch filarów, na których miała później wesprzeć się cała jego twórczość. W roku 1951 uzyskał doktorat filozofii (Dr. phil.), broniąc się jeszcze jako przyrodnik w klasycznym, niemieckim (hmm, może także austriackim) rozumieniu tego słowa.

Dopiero potem przyszła farmacja. Wichtl podjął studia farmaceutyczne na Uniwersytecie Wiedeńskim (Universität Wien) i ukończył je z dyplomem magistra farmacji (Magister der Pharmazie, Mag. pharm.). Ta podwójna formacja — najpierw przyrodnik i chemik, dopiero później farmaceuta — uczyniła zeń badacza o rzadkiej szerokości spojrzenia. Roślina lecznicza nie była dlań ani samą tylko ryciną w zielniku, ani samym tylko zbiorem wzorów strukturalnych, lecz całością: organizmem, surowcem i lekiem zarazem. Max Wichtl nauczył mnie ważnej rzeczy: nie ufaj całkowicie publikowanym wynikom badań i nie patrz ślepo w metody badań roślin, one są bardzo jeszcze niedoskonałe; w analizach wykazujemy więcej artefaktów chemicznych niż realnych metabolitów roślin

Glikozydy nasercowe i droga ku katedrze

Habilitację z farmakognozji uzyskał Wichtl w 1965 roku. Pierwszym wielkim przedmiotem jego dociekań stały się glikozydy nasercowe (niem. Herzglykoside, ang. cardiac glycosides) — kardenolidy naparstnicy (rodzaj Digitalis Linné, rodzina Plantaginaceae, dawniej Scrophulariaceae), owe subtelne i niebezpieczne substancje, w których jedna grupa cukrowa lub jeden atom tlenu rozstrzyga o tym, czy związek ratuje serce, czy je zatrzymuje. Była to szkoła ścisłości najwyższej próby: analiza ilościowa i jakościowa surowców, w których granica między lekiem a trucizną mierzona jest w miligramach. Z tego nurtu wyrosła monografia napisana wiele lat później wraz z Martinem Lucknerem — obszerne dzieło Digitalis. Geschichte, Biologie, Biochemie, Chemie, Physiologie, Molekularbiologie, Pharmakologie, medizinische Anwendung (Stuttgart 2000), będące niemal wyczerpującym kompendium wiedzy o naparstnicy. Dla mnie niesamowite, bo wtedy rozpoczął się zmierzch nasercowych leków glikozydowych w krajach Unii Europejskiej.

Już w roku 1971 objął Wichtl profesurę na Uniwersytecie Wiedeńskim. Wcześniej, w 1971 — a właściwie u progu lat siedemdziesiątych — ogłosił też podręcznik metodyczny Die pharmakognostisch-chemische Analyse: Untersuchung und Wertbestimmung von Drogen und galenischen Präparaten (Frankfurt nad Menem 1971), tom dwunasty serii „Methoden der Analyse in der Chemie”. Tytuł brzmi sucho, lecz kryje program całego życia: oznaczanie wartości surowca — bo lek roślinny bez zmierzonej, udokumentowanej jakości jest dla Wichtla tylko zielskiem o nieznanej mocy. Dzieło świetne, które posiadam w mojej bibliotece, które pokazuje jak łatwo można pobłądzić analitycznie i dojść do niewłaściwych lub wręcz fałszywych wyników badań.

Marburg — katedra farmakognozji

Rok 1973 stał się cezurą. Wichtl przeniósł się do Marburga nad Lahnem, obejmując katedrę farmakognozji na czcigodnym Uniwersytecie Filipa (Philipps-Universität Marburg) — uczelni, której mury pamiętały początki nowożytnej chemii i farmacji. Jako dyrektor Instytutu Biologii Farmaceutycznej (Institut für Pharmazeutische Biologie) kierował katedrą aż do przejścia w stan spoczynku (emerytury) w roku 1993, a więc przez całe dwie dekady — okres, w którym farmakognozja przeobrażała się z opisowej nauki o surowcach w nowoczesną biologię farmaceutyczną, sprzęgniętą z analityką instrumentalną.

Wspomnienia uczniów malują obraz uczonego, który łączył niemiecką rzetelność z wiedeńskim wdziękiem. Z opowieści przywoływanych na marburskim sympozjum ku jego pamięci wyłania się szczegół znamienny: ekskursje botaniczne instytutu wiodły „przeważnie pod górę, rzadko z górki” — drobna anegdota, w której mieści się cała jego pedagogika. Wymagał, prowadził wzwyż, lecz szedł na czele.

„Der Wichtl” — Teedrogen und Phytopharmaka

Dzieło, które uczyniło jego nazwisko pojęciem, narodziło się w roku 1984. Pod tytułem Teedrogen. Ein Handbuch für Apotheker und Ärzte Wichtl zebrał wokół siebie grono współpracowników — wśród nich Franza-Christiana Czygana, Dietricha Frohnego, Christopha Höltzela, Astrid Nagell, Hansa Jürgena Pfändera i Güntera Willuhna — i stworzył wzorzec monografii surowca roślinnego, jakiego dotąd nie było. Każde hasło budowano według tej samej żelaznej dyspozycji: nazwa botaniczna i surowcowa, pochodzenie, cechy makro- i mikroskopowe, skład chemiczny, badanie tożsamości i czystości, działanie, zastosowanie, dawkowanie oraz — co w owym czasie nowatorskie — rzetelna ocena bezpieczeństwa. W starszych wydaniach przy surowcu zamieszczona była płytka TLC, która przynajmniej mnie bardzo pomagała w codziennej pracy badawczej.

Kolejne wydania rozrastały się i dojrzewały; tytuł ustalił się ostatecznie jako Teedrogen und Phytopharmaka. Ein Handbuch für die Praxis auf wissenschaftlicher Grundlage — „na podstawie naukowej”, bo to właśnie naukowy rygor odróżniał Wichtla od dawnych zielarskich poradników. Aż po piąte wydanie (2008) pozostawał redaktorem i głównym autorem dzieła. Gdy w roku 2016 ukazała się szósta edycja, przygotowana już pod redakcją Wolfganga Blaschka, sędziwy profesor wciąż figurował wśród współautorów — a samo nazwisko „Wichtl” zostało w tytule na zawsze, niczym znak firmowy jakości. W środowisku mówiono o księdze krótko, z czułością i szacunkiem: „der Wichtl”. Pozostaje ona po dziś dzień jednym z kanonicznych dzieł farmacji oficynowej i przemysłu fitofarmaceutycznego — także dla polskiego czytelnika punktem odniesienia obok Hagera, Hegnauera i Madausa, czy Dingermanna.

W służbie farmakopei

Wichtl nie zamykał się w gabinecie. Od chwili jej powołania w roku 1978 należał do słynnej niemieckiej Komisji E (Kommission E) — gremium eksperckiego oceniającego skuteczność i bezpieczeństwo leków roślinnych, którego monografie stały się na całe pokolenie europejskim wzorcem fitoterapii opartej na dowodach. Nie popierałem i nie nadal nie popieram Komisji E, bowiem dużo złego poczynili publikując monografie do poszczególnych surowców nie zawsze solidnie przygotowane i zweryfikowane. Nie wszyscy bowiem członkowie Komisji E byli tak cudowni, obeznani i rzetelni jak Max Wichtl. W latach 1986–1992 przewodniczył w niej komitetowi biologii farmaceutycznej. Przez blisko dwa dziesięciolecia, od 1981 do 1999 roku, współredagował komentarz do Farmakopei Europejskiej (Kommentar zum Europäischen Arzneibuch) i zasiadał w komisjach farmakopealnych — austriackiej, niemieckiej i europejskiej. Był więc nie tylko autorem ksiąg, lecz i współtwórcą norm, które po dziś dzień rozstrzygają, czy dany surowiec wolno nazwać lekiem.

Środowisko odwdzięczyło się uznaniem. Wichtl był wielokrotnym prezesem i wiceprezesem oraz członkiem honorowym Towarzystwa Badań nad Roślinami Leczniczymi i Substancjami Naturalnymi (Gesellschaft für Arzneipflanzen- und Naturstoff-Forschung, GA), a od 7 listopada 2012 roku — członkiem honorowym Austriackiego Towarzystwa Fitoterapii (ÖGPhyt). Uhonorowano go także najwyższym odznaczeniem GA — złotym Medalem Egona Stahla (Egon-Stahl-Medaille in Gold), przyznawanym za całokształt dzieła. W roku 2017 czasopismo Planta Medica poświęciło mu numer specjalny — gest, którym uczona społeczność oddaje hołd tym, dzięki którym sama istnieje.

Człowiek za księgą: Mozart i marionetki

Byłoby jednak zubożeniem prawdy przedstawić Wichtla wyłącznie jako surowego strażnika farmakopealnej ścisłości. Był bowiem człowiekiem o duszy artysty. Muzyka stanowiła jego drugie powołanie — i to na tyle poważne, że dokonał niemieckiego przekładu cenionej biografii Wolfganga Amadeusza Mozarta pióra amerykańskiego muzykologa Maynarda Solomona, zyskując tym uznanie w kręgach muzycznych, dalekich od aptecznej wagi analitycznej.

Najpiękniejszy zaś rys jego biografii kryje się w drewnie i nitkach. W roku 1997 Wichtl współzałożył — wraz ze stowarzyszeniem Eckelshausener Musiktage — teatr marionetek Schartenhof. Pod reżyserskim okiem Profesora i jego Małżonki niewielki zespół wystawił jedenaście oper; pierwszą była Bastien und Bastienne Mozarta, później przyszło i monumentalne Don Giovanni. Aż do wiosny ostatniego roku życia oboje małżonkowie bywali na każdym przedstawieniu w Eckelshausen, towarzysząc zespołowi nawet na gościnnych występach we Włoszech, Austrii i Szwajcarii. Tak oto badacz kardenolidów naparstnicy, który mierzył życie i śmierć w miligramach glikozydów, w wolnych godzinach ożywiał drewniane figurki, ciągnąc za sznurki, które „budzą postacie do życia”.

Odejście i trwanie

Max Wichtl zmarł 30 lipca 2019 roku w Salzburgu, w wieku niespełna dziewięćdziesięciu czterech lat; spoczął na cmentarzu w Mödling pod Wiedniem, wracając tym samym w okolice rodzinnego miasta. Austriacki periodyk fitoterapeutyczny pożegnał go słowami, które są zarazem najtrafniejszym jego epitafium: „Der Enthusiast der Phytochemie” — Entuzjasta fitochemii. W lutym 2020 roku Wydział Farmacji oraz Instytut Biologii Farmaceutycznej i Biotechnologii w Marburgu, wraz z Towarzystwem GA, uczciły jego pamięć sympozjum w starej auli uniwersyteckiej — z muzyką, wspomnieniami i, rzecz jasna, marionetkami z Don Giovanniego.

Pozostała księga. Pozostała metoda — owo nieustępliwe domaganie się, by każde ziele, zanim nazwiemy je lekiem, przeszło przez ogień analizy, normy i dowodu. I pozostał wzór człowieka uczonego, który nie wstydził się ani rygoru farmakopei, ani czułości wobec mozartowskiej arii. Gdy więc sięgamy po „Wichtla”, by sprawdzić zawartość olejku w surowcu albo dopuszczalną dawkę, warto pamiętać, że za tą suchą tabelą stoi cały człowiek — chemik, botanik, farmaceuta, tłumacz i lalkarz, Austriak z wiedeńskim uśmiechem, który nauczył farmakognozję mówić językiem ścisłym, a mimo to ludzkim.

Kursy w Akademii dr Różańskiego 2026/2027

Zapraszam na kursy specjalistyczne:

  1. Aspekty biologiczne organizmu człowieka wieku podeszłego i starczego. Fitoterapia i fitofarmakologia geriatryczna: https://akademia-rozanski.pl/project/aspekty-biologiczne-organizmu-czlowieka-wieku-podeszlego-i-starczego-fitoterapia-i-fitofarmakologia-geriatryczna-roczny-kurs-2026-2027-rok/
  2. Fitoterapia szczegółowa człowieka. Fitofarmakologia i bezpieczeństwo stosowania ziół w fitofarmakoterapii. Fitoterapia (fitomedycyna) ekstremalna — wybrane zagadnienia: https://akademia-rozanski.pl/project/fitoterapia-szczegolowa-czlowieka-fitofarmakologia-i-bezpieczenstwo-stosowania-ziol-w-fitofarmakoterapii-fitoterapia-fitomedycyna-ekstremalna-wybrane-zagadnienia-dwuletni-kurs-2026-2028-2/
  3. Fitoterapia i fitofarmakologia weterynaryjna. Fitofarmakoterapia wybranych chorób drobiu i ssaków domowych oraz gospodarskich: https://akademia-rozanski.pl/project/fitoterapia-szczegolowa-z-elementami-weterynarii/

Polecam też moją książkę: Chemotaksonomia wybranych roślin leczniczych Bułgarii w systemie Grossheima: https://akademia-rozanski.pl/