Są w dziejach farmakognozji i fitochemii nazwiska, które z czasem przestają oznaczać człowieka, a zaczynają oznaczać Księgę i zarazem Człowieka-Instytucję. Tak właśnie stało się z Maxem Wichtlem. Gdy aptekarz w Wiedniu, Marburgu czy Bazylei mówi „sprawdź to w Wichtlu”, nie myśli już o austriackim profesorze o łagodnym, nieco figlarnym uśmiechu, lecz o grubym tomie w twardej oprawie, w którym każda roślina lecznicza ma swoją kartę — opis surowca, skład chemiczny, normy jakości, dawkowanie i ostrzeżenia. Niewielu uczonych dostąpiło tej osobliwej nieśmiertelności, stało się za życia naukowym „Dziełem książkowym”. Taką sytuację mamy w przypadku wielu moich Idoli: Hager, Madaus, Thoms, Hegnauer, Hiller, Rimpler, Hänsel, Dragendorff…

Wiedeńskie korzenie
Max Wichtl urodził się 6 października 1925 roku w Wiedniu — w mieście, które dla nauk farmaceutycznych przełomu XIX i XX wieku znaczyło tyle, co Paryż dla chemii organicznej. Wzrastał w cieniu wielkiej środkowoeuropejskiej tradycji aptekarskiej, w której botanika, chemia i medycyna nie były jeszcze rozłącznymi światami, lecz trzema obliczami jednej sztuki — ars pharmaceutica. Studia rozpoczął od chemii i botaniki, a więc od dwóch filarów, na których miała później wesprzeć się cała jego twórczość. W roku 1951 uzyskał doktorat filozofii (Dr. phil.), broniąc się jeszcze jako przyrodnik w klasycznym, niemieckim (hmm, może także austriackim) rozumieniu tego słowa.
Dopiero potem przyszła farmacja. Wichtl podjął studia farmaceutyczne na Uniwersytecie Wiedeńskim (Universität Wien) i ukończył je z dyplomem magistra farmacji (Magister der Pharmazie, Mag. pharm.). Ta podwójna formacja — najpierw przyrodnik i chemik, dopiero później farmaceuta — uczyniła zeń badacza o rzadkiej szerokości spojrzenia. Roślina lecznicza nie była dlań ani samą tylko ryciną w zielniku, ani samym tylko zbiorem wzorów strukturalnych, lecz całością: organizmem, surowcem i lekiem zarazem. Max Wichtl nauczył mnie ważnej rzeczy: nie ufaj całkowicie publikowanym wynikom badań i nie patrz ślepo w metody badań roślin, one są bardzo jeszcze niedoskonałe; w analizach wykazujemy więcej artefaktów chemicznych niż realnych metabolitów roślin…
Glikozydy nasercowe i droga ku katedrze
Habilitację z farmakognozji uzyskał Wichtl w 1965 roku. Pierwszym wielkim przedmiotem jego dociekań stały się glikozydy nasercowe (niem. Herzglykoside, ang. cardiac glycosides) — kardenolidy naparstnicy (rodzaj Digitalis Linné, rodzina Plantaginaceae, dawniej Scrophulariaceae), owe subtelne i niebezpieczne substancje, w których jedna grupa cukrowa lub jeden atom tlenu rozstrzyga o tym, czy związek ratuje serce, czy je zatrzymuje. Była to szkoła ścisłości najwyższej próby: analiza ilościowa i jakościowa surowców, w których granica między lekiem a trucizną mierzona jest w miligramach. Z tego nurtu wyrosła monografia napisana wiele lat później wraz z Martinem Lucknerem — obszerne dzieło Digitalis. Geschichte, Biologie, Biochemie, Chemie, Physiologie, Molekularbiologie, Pharmakologie, medizinische Anwendung (Stuttgart 2000), będące niemal wyczerpującym kompendium wiedzy o naparstnicy. Dla mnie niesamowite, bo wtedy rozpoczął się zmierzch nasercowych leków glikozydowych w krajach Unii Europejskiej.
Już w roku 1971 objął Wichtl profesurę na Uniwersytecie Wiedeńskim. Wcześniej, w 1971 — a właściwie u progu lat siedemdziesiątych — ogłosił też podręcznik metodyczny Die pharmakognostisch-chemische Analyse: Untersuchung und Wertbestimmung von Drogen und galenischen Präparaten (Frankfurt nad Menem 1971), tom dwunasty serii „Methoden der Analyse in der Chemie”. Tytuł brzmi sucho, lecz kryje program całego życia: oznaczanie wartości surowca — bo lek roślinny bez zmierzonej, udokumentowanej jakości jest dla Wichtla tylko zielskiem o nieznanej mocy. Dzieło świetne, które posiadam w mojej bibliotece, które pokazuje jak łatwo można pobłądzić analitycznie i dojść do niewłaściwych lub wręcz fałszywych wyników badań.
Marburg — katedra farmakognozji
Rok 1973 stał się cezurą. Wichtl przeniósł się do Marburga nad Lahnem, obejmując katedrę farmakognozji na czcigodnym Uniwersytecie Filipa (Philipps-Universität Marburg) — uczelni, której mury pamiętały początki nowożytnej chemii i farmacji. Jako dyrektor Instytutu Biologii Farmaceutycznej (Institut für Pharmazeutische Biologie) kierował katedrą aż do przejścia w stan spoczynku (emerytury) w roku 1993, a więc przez całe dwie dekady — okres, w którym farmakognozja przeobrażała się z opisowej nauki o surowcach w nowoczesną biologię farmaceutyczną, sprzęgniętą z analityką instrumentalną.
Wspomnienia uczniów malują obraz uczonego, który łączył niemiecką rzetelność z wiedeńskim wdziękiem. Z opowieści przywoływanych na marburskim sympozjum ku jego pamięci wyłania się szczegół znamienny: ekskursje botaniczne instytutu wiodły „przeważnie pod górę, rzadko z górki” — drobna anegdota, w której mieści się cała jego pedagogika. Wymagał, prowadził wzwyż, lecz szedł na czele.
„Der Wichtl” — Teedrogen und Phytopharmaka
Dzieło, które uczyniło jego nazwisko pojęciem, narodziło się w roku 1984. Pod tytułem Teedrogen. Ein Handbuch für Apotheker und Ärzte Wichtl zebrał wokół siebie grono współpracowników — wśród nich Franza-Christiana Czygana, Dietricha Frohnego, Christopha Höltzela, Astrid Nagell, Hansa Jürgena Pfändera i Güntera Willuhna — i stworzył wzorzec monografii surowca roślinnego, jakiego dotąd nie było. Każde hasło budowano według tej samej żelaznej dyspozycji: nazwa botaniczna i surowcowa, pochodzenie, cechy makro- i mikroskopowe, skład chemiczny, badanie tożsamości i czystości, działanie, zastosowanie, dawkowanie oraz — co w owym czasie nowatorskie — rzetelna ocena bezpieczeństwa. W starszych wydaniach przy surowcu zamieszczona była płytka TLC, która przynajmniej mnie bardzo pomagała w codziennej pracy badawczej.
Kolejne wydania rozrastały się i dojrzewały; tytuł ustalił się ostatecznie jako Teedrogen und Phytopharmaka. Ein Handbuch für die Praxis auf wissenschaftlicher Grundlage — „na podstawie naukowej”, bo to właśnie naukowy rygor odróżniał Wichtla od dawnych zielarskich poradników. Aż po piąte wydanie (2008) pozostawał redaktorem i głównym autorem dzieła. Gdy w roku 2016 ukazała się szósta edycja, przygotowana już pod redakcją Wolfganga Blaschka, sędziwy profesor wciąż figurował wśród współautorów — a samo nazwisko „Wichtl” zostało w tytule na zawsze, niczym znak firmowy jakości. W środowisku mówiono o księdze krótko, z czułością i szacunkiem: „der Wichtl”. Pozostaje ona po dziś dzień jednym z kanonicznych dzieł farmacji oficynowej i przemysłu fitofarmaceutycznego — także dla polskiego czytelnika punktem odniesienia obok Hagera, Hegnauera i Madausa, czy Dingermanna.
W służbie farmakopei
Wichtl nie zamykał się w gabinecie. Od chwili jej powołania w roku 1978 należał do słynnej niemieckiej Komisji E (Kommission E) — gremium eksperckiego oceniającego skuteczność i bezpieczeństwo leków roślinnych, którego monografie stały się na całe pokolenie europejskim wzorcem fitoterapii opartej na dowodach. Nie popierałem i nie nadal nie popieram Komisji E, bowiem dużo złego poczynili publikując monografie do poszczególnych surowców nie zawsze solidnie przygotowane i zweryfikowane. Nie wszyscy bowiem członkowie Komisji E byli tak cudowni, obeznani i rzetelni jak Max Wichtl. W latach 1986–1992 przewodniczył w niej komitetowi biologii farmaceutycznej. Przez blisko dwa dziesięciolecia, od 1981 do 1999 roku, współredagował komentarz do Farmakopei Europejskiej (Kommentar zum Europäischen Arzneibuch) i zasiadał w komisjach farmakopealnych — austriackiej, niemieckiej i europejskiej. Był więc nie tylko autorem ksiąg, lecz i współtwórcą norm, które po dziś dzień rozstrzygają, czy dany surowiec wolno nazwać lekiem.
Środowisko odwdzięczyło się uznaniem. Wichtl był wielokrotnym prezesem i wiceprezesem oraz członkiem honorowym Towarzystwa Badań nad Roślinami Leczniczymi i Substancjami Naturalnymi (Gesellschaft für Arzneipflanzen- und Naturstoff-Forschung, GA), a od 7 listopada 2012 roku — członkiem honorowym Austriackiego Towarzystwa Fitoterapii (ÖGPhyt). Uhonorowano go także najwyższym odznaczeniem GA — złotym Medalem Egona Stahla (Egon-Stahl-Medaille in Gold), przyznawanym za całokształt dzieła. W roku 2017 czasopismo Planta Medica poświęciło mu numer specjalny — gest, którym uczona społeczność oddaje hołd tym, dzięki którym sama istnieje.
Człowiek za księgą: Mozart i marionetki
Byłoby jednak zubożeniem prawdy przedstawić Wichtla wyłącznie jako surowego strażnika farmakopealnej ścisłości. Był bowiem człowiekiem o duszy artysty. Muzyka stanowiła jego drugie powołanie — i to na tyle poważne, że dokonał niemieckiego przekładu cenionej biografii Wolfganga Amadeusza Mozarta pióra amerykańskiego muzykologa Maynarda Solomona, zyskując tym uznanie w kręgach muzycznych, dalekich od aptecznej wagi analitycznej.
Najpiękniejszy zaś rys jego biografii kryje się w drewnie i nitkach. W roku 1997 Wichtl współzałożył — wraz ze stowarzyszeniem Eckelshausener Musiktage — teatr marionetek Schartenhof. Pod reżyserskim okiem Profesora i jego Małżonki niewielki zespół wystawił jedenaście oper; pierwszą była Bastien und Bastienne Mozarta, później przyszło i monumentalne Don Giovanni. Aż do wiosny ostatniego roku życia oboje małżonkowie bywali na każdym przedstawieniu w Eckelshausen, towarzysząc zespołowi nawet na gościnnych występach we Włoszech, Austrii i Szwajcarii. Tak oto badacz kardenolidów naparstnicy, który mierzył życie i śmierć w miligramach glikozydów, w wolnych godzinach ożywiał drewniane figurki, ciągnąc za sznurki, które „budzą postacie do życia”.
Odejście i trwanie
Max Wichtl zmarł 30 lipca 2019 roku w Salzburgu, w wieku niespełna dziewięćdziesięciu czterech lat; spoczął na cmentarzu w Mödling pod Wiedniem, wracając tym samym w okolice rodzinnego miasta. Austriacki periodyk fitoterapeutyczny pożegnał go słowami, które są zarazem najtrafniejszym jego epitafium: „Der Enthusiast der Phytochemie” — Entuzjasta fitochemii. W lutym 2020 roku Wydział Farmacji oraz Instytut Biologii Farmaceutycznej i Biotechnologii w Marburgu, wraz z Towarzystwem GA, uczciły jego pamięć sympozjum w starej auli uniwersyteckiej — z muzyką, wspomnieniami i, rzecz jasna, marionetkami z Don Giovanniego.
Pozostała księga. Pozostała metoda — owo nieustępliwe domaganie się, by każde ziele, zanim nazwiemy je lekiem, przeszło przez ogień analizy, normy i dowodu. I pozostał wzór człowieka uczonego, który nie wstydził się ani rygoru farmakopei, ani czułości wobec mozartowskiej arii. Gdy więc sięgamy po „Wichtla”, by sprawdzić zawartość olejku w surowcu albo dopuszczalną dawkę, warto pamiętać, że za tą suchą tabelą stoi cały człowiek — chemik, botanik, farmaceuta, tłumacz i lalkarz, Austriak z wiedeńskim uśmiechem, który nauczył farmakognozję mówić językiem ścisłym, a mimo to ludzkim.

Najnowsze komentarze