Archiwa

listopad 2026
P W Ś C P S N
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwa

Polopiryna C kontra Aspirin C

Jak to zwykle w Poznaniu niebo pochmurzone. Słucham sobie Giorgio Morodera (głównie Munich Machine, bo to u mnie na topie), Krafwerka i Limahla. Dziś pracuję twórczo w domu. Muszę jednak wyjść też z cieplutkiego mieszkania, aby zapłacić rachunki. Idąc na pocztę i do banku tradycyjnie będę musiał omijać poranne psie odchody oraz ocierać się o brudne samochody, które sterczą prawie na cały chodnik.

Do jednej szklanki wrzuciłem 2 tabletki Polopiryny C, do drugiej 2 tabletki Aspiryny C. Ktoś może powiedzieć, przecież oba leki zawierają kwas acetylosalicylowy i witaminkę C. Tak, potwierdzam. Spojrzałem jednak na oba produkty krytycznie. Oba też wypiłem. Cóż to jest niecałe 2 g salicylanu. Zawsze trzeba sobie pomyśleć, że dawniej zalecano dawki rzędu 6-12 g/24 h (np. w leczeniu chorób reumatycznych). Należy też pamiętać, że kwas acetylosalicylowy zaczyna działać przeciwzapalnie (a o to chodzi) w dawce  rzędu 3,6-4 g/24 h. W dawce conajmniej 500 mg zaczyna działać przeciwbólowo. W mniejszych dawkach działa jedynie jako środek antyagregacyjny (stąd profilaktyka zakrzepów i zawałów wymaga małych dawek salicylanów). Toksyczne i niebezpieczne dawki aspiryny są rzędu 20-30 g przyjęte jednorazowo.

aspiryna C

Aspiryna C jest szwabska, z bayera i zawiera w 1 tabl. mus. 400 mg salicylanu oraz 240 mg witaminy C. Polopiryna C jest polska, z polpharmy i zawiera w 1 tabletce musującej 500 mg salicylanu i 200 mg witaminy C.

Gdy byłem młodszy, zawsze broniłem polskich producentów, uważałem, ze kupowanie analogicznych preparatów zagranicznych za większą kasę jest zwyczajna głupotą. Przecież zawierają tą samą substancję czynną. W wielu przypadkach jest to prawda.

Jednakże, w tym przypadku jest coś co mnie wkurza. Aspiryna C ładnie się rozpuszcza w ciepłej wodzie, dając napój smaczniejszy, przyjemniejszy do picia i bez osadu oraz pływających zawiesin po powierzchni. Gdy wrzucimy Polopirynę do ciepłej wody, owszem jest objaw musowania, ale w płynie pozostaje zawiesina, a smak w ustach jest fatalny, posmak kwasu salicylowego. Oby ktoś z Czytelników nie pokusił się wypić polopiryny C na pusty żołądek, na czczo. Wprawdzie każdy o tym wie, kto czyta farmakologie lub ulotki. Ja jestem zawsze zbuntowany. Paw wtedy murowany. Kiedyś tak zrobiłem biegnąc na uczelnię do moich studentów. Na pusty żołądek wypiłem polopirynkę C. Nagle po drodze zaczęło mnie mdlić. Niemal całe Krosno chciałem obrzygać, i to w tej starej zabytkowej części. Na szczęście zawsze noszę przy sobie pełny asortyment leków i zgładziłem odruch wymiotny. Co ciekawe po Aspirynie C takiego niepokojącego skutku nie miałem.

polopiryna C

Przechylając kubeczek z rozpuszczoną Polopiryną C widzę jak na ściankach i dnie pozostaje cenna substancja lecznicza. Myślę sobie, kurcze mam płukać jak na chemii ten garnuszek, a popłuczyny wypijać? No tak dali o 100 mg więcej kwasu acetylosalicylowego, wiedząc, że i tak znaczna część zostanie na ściankach i przyjmiemy dawkę 300-400 mg, na to samo wychodzi. Biedna polpharma, nie mają technologa, który zrobi im mieszankę do tabletek powodującą rozpuszczenie całej zawartości. I w tym miejscu są gorsi od Niemców.

Never Ending Story Limahla leci 4 raz, no dobrze, ubieram się i idę pozałatwiać co nieco w mieście.

Ponury dzień

Wczoraj z wyjazdu wróciłem dość późno, około 19:40, choć i tak zastanawiam się jakim cudem kolega Maciek przejechał taki kawał drogi w 3 godziny. Ferma leżała kawał drogi na północ za Toruniem, ale to szczegół. Ferma przypominała szpital z I wojny światowej, pełen rannych. Jest tam dużo do zrobienia. Ale nie będę opisywał tego dokładniej.

Dzisiaj pojechałem do pracy inną drogą niz zwykle, od Swarzędza wdarłem się na drogi wiejskie, przejeżdżając przez Sarbinowo i Pobiedziska, a przez to przybywając do instytutu 8 minut szybciej niż zwykle. Oczywiście, jak zwykle po drodze widziałem wypadek w Swarzędzu na starej A2. Facio wjechał w barierki z łańcuchami odzielającymi drogę wewnętrzną przy banku WBK. Skasował znacznie przód swojego samochodziku, pomimo małej średnicy rurek z łańcuchami, które pozginał i połamał. Jadąc przez Pobiedziska pomyślałem o pączkach, które wypieka tamtejsza cukiernia. Pączki są jak domowe, naprawdę dobre i na próżno szukać takich w Poznaniu. Była jednak kolejka. Pojechałem dalej. W Kiszkowie wstąpiłem do ulubionej apteki, w której zaopatrzyłem się w potrzebne mi leki. Niektóre posłużą oczywiście jako surowiec do sporządzenia innych, znacznie lepszych 🙂

Dzisiaj dzień deszczowy i pochmurny. W laboratorium, sporządziłem preparaty lecznicze dla mnie i dla moich znajomych, którzy dopominają się o nie od miesiąca. Zabrałem się też za opracowanie dokumentacji patentowej na moje produkty, ale jakoś mi się to przedłuża i bardzo mnie nudzi. Równocześnie kończę artykuł do czasopisma medycznego na temat terapii chorób układu moczowego.

Dziś ma mnie odwiedzić kolega o ładym imieniu Walduś. Dr Waldek chce skonsultować ze mną kurację odrobaczania i odtruwania ustroju. Ponadto obiecałem mu zrobić proszek Botkina, który chciał wypróbować na sobie, za sprawą mojego wychwalenia tego środka na czyszczenie jelit. Co za ulga wypróżnić się bezboleśnie, całkowicie i wydalić wszystko co siedzi w kiszkach.

Wczoraj czułem, że dobiera sie do mnie przeziębienie. Z pewnością zarazili mnie koledzy i koleżanki, którzy kichali i smarkali koło mnie w ostatnich dniach, a teraz siedzą na urlopach i się leczą moimi metodami. W dodatku jeszcze te prosiaki wczoraj też kaszlały i kichały na dwie strony, więc może i mnie się udzieliło.

Właśnie zażyłem mieszankę chininy, salicylanu sodu, antypiryny z kofeiną (recepturka z II połowy XIX wieku), ponadto wypiłem samodzielnie zrobiony syropek zawierający między innymi olejek anyżowy, ekstrakt tymiankowy, olejek eukaliptusowy, gwajakol, chelidoninę, propolis, olejek melisowy, fruktozę, ksylozę, thymol i wyciąg z przęśli (ephedra). Syropek działa fajnie, dobrze się po nim poczułem. Do nosa zakraplam srebro koloidalne i olejek pichtowy. Sreberko też przyjmuje doustnie.

Oczywiscie srebro koloidalne sam wyprodukowałem, bo to gotowe w handlu jest niestety mało wartościowe – zawiera śladowe ilości srebra. Analiza niektórych z nich potwierdziła moje przypuszczenia – zawierały srebro pochodzące z azotanu srebra.

wyjazd służbowy

Dziś wstałem godzinkę później niż zwykle. Jadę z dwoma kolegami doktorami do chorych prosiaczków. Mają ponoć krwawą biegunkę i padają dość licznie. Z przekazanych mi objawów wynika, że zapadły na adenomatozę, wywołaną przez Lawsonia intracellularis. Trzeba będzie coś zaradzić, bowiem tamtejsi weterynarze jakoś sobie nie radzą. Podczas golenia się, a potem wciągania śniadanka obmyślałem parę koncepcji. Na wszelki wypadek wezmę moją walizkę pełną narzędzi sekcyjnych, może znajdzie się w stadku denat wymagający obdukcji.

Do czego to przyszło, tak dzielnie studiowałem medycynę sądową i kryminalistykę, żeby teraz robić sekcję prosiakom. No ale skoro nie chciałem wykonywać tego zawodu, mam za swoje. W sumie te stworzonka też potrzebują pomocy, a być może będzie okazja to przetestowania moich nowatorskich kompozycji leczniczych, leżących w archiwum firmowym. Ponadto zajmowanie się leczeniem chorób u zwierząt powiększyło moje horyzonty naukowe i zwiększyło tak naprawdę możliwości badań na substancjami leczniczymi. W prosektorium byłbym tylko “zimnym automatem” dokonującym anatomicznej rozbiórki człowieka, niczym w rzeźni. Dość szybko na studiach rozczarowałem się medycyną sądową. Wyobrażałem sobie to nieco inaczej. Oczywiście jest inaczej, ale w innych krajach typu Szwajcaria. W Polsce cały system: prokuratura – kryminalistyka (policja) – medycyna sądowa to niewydolny układ, który należy zreformowac, jak wszystko w naszym kraju. Zresztą, nie wspomnę o zarobkach i wyposażeniu akademickich Zakładów Med. Sąd., są poniżej krytyki. Oczywiście prowadzący zajęcia próbowali udowodnić studentom, że lekarz sądowy niewiele potrzebuje do swojej pracy, a sekcja może trwać 45 minut. Co ciekawe niektórzy potrafili równocześnie protokół tak szybko wypełnić. Myślę jednak, że obecny postęp nauki (technik) powinien wykluczyć hegemonię analizy organoleptycznej zwłok i rozwinąć bardziej inne metody ekspertyz. Nie raz po zajęciach rozmawialiśmy w grupie, i zastanawialiśmy się co sekcje z danego dnia wniosły do śledztwa. Niestety często nic, za sprawą korzystania z przedawnionych metod. Nawiasem mówiąc nasze studenckie rozmowy na te tematy były żywe i burzliwe, odbywały się najczęściej  w barze mlecznym na narożniku ul.Grunwaldzkiej, w budynku kina Bałtyk. Dziś tego budynku już nie ma w Poznaniu, nie ma baru, do którego przybywali głównie studenci i różne menty z całego miasta. Obecnie w tym miejscu jest hotel Sheraton. Bar ten nazywaliśmy charkmistrzem, bowiem bezdomni spożywający tam posiłki dość często wzbogacali codzienny gwar barowy w rozmaite odgłosy typu charczenia, smarkania i odkrztuszania. Idziemy do charkmistrzów? padało pytanie po zajęciach z chemii i sądówki. Tak, pewnie…

Dlaczego melisa rzadko działa uspokajająco?

Dlaczego melisa rzadko działa uspokajająco?

Melisa, dawniej rojownik, popularna roślinka o ładnej łacińskiej nazwie Melissa officinalis L., jest obecnie dostępna w każdym markecie, małym sklepie spożywczym, i oczywiście w aptekach i sklepach zielarskich. Można ją kupić w formie świeżej, intensywnie uprawianej na stymulatorkach wzrostu i nawozach (w garstce ziemi), w formie suszonej krojonej do zaparzania oraz w postaci fix – torebeczki ze zmielonym suszem do naparzania.

Melisa należy do rodziny wargowych Labiatae, lub jak ktoś woli wg nowszej nomenklatury taksonomicznej do rodziny jasnotowatych – Lamiaceae. Ze względu na mój konserwatyzm naukowy jestem zwolennikiem starego nazewnictwa i mam gdzieś zalecenia dziwnych międzynarodowych organizacji, skupiających botaników uważających się za wszechwiedzących, nowatorskich i nadających sobie bezpodstawnie i co gorsze – wzajemnie uprawnienia do wnoszenia zmian w różnych dziedzinach nauki (zgodnie z zasadą krąg wzajemnej adoracji). Nie popieram ludzi którzy robią rewolucyjne zmiany w nauce i którzy uważają się za uprawnionych do przewracania starego porządku do góry nogami. Ci współcześni do pięt nie dorośli taksonomom i systematykom z dawnych czasów, takim jak Engler, Grossheim, Wettstein, Hegnauer, czy Linneusz.

Zostawmy jednak biurokrację w nauce i wróćmy do naszej melisy.

Oczywiście jeśli ktoś chce napić się prawdziwego naparu z melisy  od razu mówię – powinien ją wyhodować sobie na działce. Wtedy uzyska aromatyczny i wartościowy napój o cechach leku. Smak naparu jest wówczas gorzkawo-cytrynowy, ściągający, barwy herbacianej.

Po analizie farmakognostycznej paru torebek fix melisa znanych producentów byłem rozgoryczony. Sproszkowali surowiec na amen, uzyskując pył, oczywiście najwartościowszy olejek eteryczny uleciał w powietrze podczas mielenia ziela.

Frakcji listnych było tyle co kot napłakał, bowiem odsiali zmiałkowane liście i odrzucili, podczas gdy na sitach pozostały im grubsze łodyżki, łodygi, trochę kamieni, piasku i ogonków liściowych. Nie brakowało wtrętów innych gatunków roślin: trawy, tasznik, rdestów i poziewników. Pewnie rosły obok melisy, więc trafiły też i one do suszu.

Olejek eteryczny znajduje się we włoskach gruczołowych melisy. Włoski z olejkiem szybko obłamują się, a po otwarciu uwalniają olejek, dlatego surowiec nie może być zbytnio ocierany, mielony, przeładowywany, a już na pewno nie suszony w temperaturze wyższej niż 35 stopni Celsjusza.

Postarałem się i poświęciłem czas na określenie zawartości olejku w suszu fix melisa. Tradycyjną metodą Deringa nie udało mi się olejku odmierzyć. Musiałem ją nieco zmodyfikować. I teraz ile wyszło olejku? Uwaga! 0,006%. Co się stało? Hmm… Nasi cudowni producenci przerobili surowiec olejkowy w surowiec nie olejkowy, proste.

Normalnie melisa może zawierać nawet 0,5% olejku, spotkałem takie. Przeciętnie jest tego olejku 0,1-0,3%. Farmakopea Polska wymaga, aby surowiec miał przynajmniej 0,05% olejku eterycznego.

Melisa krojona kupiona w sklepie zielarskim też nie odpowiadała normom farmakopealnym. Miała tego olejku 0,01%. Smutny fakt.

Składnikami czynnymi melisy są przede wszystkim: olejek eteryczny bogaty w geranial, cytral, geraniol, linalol, cytronelal; flawonoidy (apigenina, lutelina, kwercetyna, kemferol), fenolokwasy (kwas chlorogenowy, kawowy, rozmarynowy, ferulowy) oraz triterpeny (kwas ursolowy i oleanolowy).

Uspokajająco działa olejek eteryczny. Zatem jeśli tego olejku jest mało, melisa nie będzie działała sedatywnie.

Suma wszystkich składników nadaje melisie działanie rozkurczowe, wiatropędne (przeciwwzdęciowe), mlekopędne, żółciopędne, żółciotwórcze i antyseptyczne. Olejek eteryczny z melisy hamuje rozwój wirusów, grzybów, pierwotniaków i bakterii. Obecnie można spotkać w obrocie handlowym preparaty zawierające olejek melisowy przeznaczone do leczenia opryszczki.

Osobiście polecam po prostu smarowanie olejkiem melisowym opryszczki, zmian ospowych oraz pleśniawek na błonach śluzowych.

Dzieciom można melisę świeżą lub suchą naparzać w mleku i osłodzić miodem.

Jakie jest dawkowanie?

Melisę trudno jest spożyć w dawkach które wywołają skutki uboczne. 2-4 szklanki naparu z melisy dziennie z pewnością nie zaszkodzą. Olejek melisowy można spożywać w ilości 5-6 kropli na łyżce miodu lub cukrze.

W celu sporządzenia naparu, na szklankę wrzątku trzeba wziąć 1 łyżkę suchego rozdrobnionego ziela lub samych liści (na świeżo rozdrobnionych), albo też 2 łyżki świeżych poszarpanych listków lub ziela melisy. Parzenie powinno trwać 20 minut, pod przykryciem.

Dobra też jest nalewka na świeżym rozdrobnionym zielu lub liściach: 1 część surowca zalać 5 częściami gorącego alkoholu 40-60%, od razu zamknąć i pozostawić na co najmniej 7 dni, po czym przefiltrować. Taką nalewkę, a właściwie intrakt można zażywać 1-3 razy dziennie po 5-10 ml w połowie szklanki wody. Intraktem można także pędzlować wirusowe schorzenia skórne (opryszczka) oraz pleśniawki.

Polecam również miodek melisowy, który można sporządzić z drobno poszarpanych listków melisy. Listki zwilżyć wódką, poszarpać, zalać miodem. Miód taki można spożywać 2 razy dziennie po 1 łyżce.

Niektóre osoby mogą wykazać uczulenie na olejek melisowy, co objawi się rumieniem, świądem i pokrzywką.

Co mogę poradzić?

Najlepiej do celów leczniczych i profilaktycznych uprawiać melisę. Jeśli już decydujemy się na kupno melisy w sklepie zielarskim wybierajmy tę krojoną. Ponadto, gdy jesteśmy w Hiszpanii, Portugalii, Bułgarii, Grecji, Włoszech, zaopatrzmy się w tamtejszą melisę (jest tam jako przyprawa), bo jest lepszej jakości niż ta u nas.


2 a-d – rojownik, czyli melisa lekarska

Na obrazku widać również majerenek

źródło obrazka: August Paul Dinand, Taschenbuch der Heilpflanzen, 1939 r.

Wczesny poranek

Przed chwilą wstałem i po paru higienicznych zabiegach tradycyjnie powędrowałem ze śniadankiem do komputerka. Gdy czytałem pożegnalny wpis dr Ewy na blogu, nagle bułeczka z miodem zrobiła fikołka i wpadła, jak zwykle stroną posmarowaną na moją śliczną klawiaturkę. Kurcze, no trudno, poświęciłem 3 minuty na mycie klawiatury.

Po zażyciu nowego środka na odchudzanie (zobaczymy czy taki skuteczny) wyglądłem przez okienko. W Poznaniu śniegu coraz mniej, wczoraj wieczorem padał deszcz, ale dzisiaj rano chodniki i ulice wydają sie być suche, więc przyszedł najwyraźniej mrozik.

Tradycyjnie o 6 rano, w kamienicy naprzeciwko, tajemniczy pan, którego nazwałem Pulowerek trzepał przez okno swoje wdzianka, najpierw intensywnie wytrzepał skarpetki, gacie, podkoszulki, potem swoje swetry i pulowery. Co pewien czas Pulowerek przestraszonym wzrokiem analizował otoczenie, czy przypadkiem go nikt nie obserwuje. Dołem po chodniku przebiegł w białym fartuchu lekarz, z pobliskiego szpitala, który najwyraźniej wracał z pracy do domu. Od zawsze wiedziałem, że Pulowerek ma coś z garem. Kamienica zadbana, mieszkają tam ludzie dobrze ustawieni zawodowo, a wśród nich Pulowerek. Okna jego mieszkania nigdy nie były malowane i myte. Nigdy nie widziałem, aby zmienił firanki i te zawsze zaciągnięte kotary (posiada grube, czarne światłoszczelne zasłony). Ten tajemniczy osobnik wychodzi na balkon przez okno (nie przez drzwi balkonowe), wywiesza flagi państwowe w święta i chyba nie pierze ubrań, tylko je trzepie, robi to nadwyraz starannie, manipulując szczupłymi i bladymi rękami niczym grabiami.Zanim zacznie swój codzienny rytuał trzepania ubiera na gołe ciało stary pulower lub powyciaganą i brudną podkoszulkę na szelkach. Pojawia się w oknie o godzinach ok. 4, 5 lub 6 rano, albo w nocy około 23.

Parę razy udało mi sie zajrzeć do wnętrza jego mieszkania, przez otwarte okno, w pokoju ujrzałem jeden wielki burdel, rozwalone łóżko i na meblach pełno ubrań. Czasem na łóżku siedziała jakaś młoda laska, pewnie jego dziewczyna, w koszuli nocnej, rzadziej wygląda przez drugie okno, była mocno zawsze zaspana. Gdy świeżo się wprowadziłem kilka lat temu, to obserwując Pulowerka, pomyslałem sobie facio ma szmateks i segreguje ubrania, które potem sprzedaje na bazarze. Potem bardziej go doceniłem – pewnie prowadzi burdel, albo norę w której robi filmy porno, dlatego zawsze dba o to, aby zasłony były szczelnie zaciągnięte. Teraz myślę, że jest to facet chory psychicznie i tyle, nawet poprzypominałem sobie parę jednostek chorobowych do niego pasujących. W sumie nigdy go nie spotkałem na ulicy, ciekawe.

Teraz lecę do pracy, pa na razie.

pulowerek

pulowerek

pulowerek
Słynny “Pulowerek”

Mój pierwszy dzień z blogiem

Stało się, mam bloga. Nawet działa. Długo zastanawiałem się, czy w ogóle ma sens prowadzenie bloga, zwłaszcza, że jestem osobą bardzo zajętą i nie wiem czy starczy mi siły i czasu na regularne wprowadzanie nowych wpisów. Po co mi taki blog? Tak sobie myślę, że tutaj wyrażę swoje opinie na rozmaite tematy, które trudno włączyć do innych publikacji, bo są mało dyplomatyczne, proste, nieładnie wyrażone lub nie pasują nigdzie indziej. Blog daje możliwość wygłoszenia i zapisania wszystkiego, co nam do głowy przyjdzie.

Do stworzenia blogu przymierzałem się od czterech lat. Gdy jednak zacząłem go budować , dochodziłem szybko do wniosku, a po co to komu?

Pocztą w ubiegłym tygodniu dostałem lutowego Eksperta i co ciekawe, znalazła się w nim instrukcja założenia własnego bloga przy pomocy skryptu php. To mnie zmotywowało. Udało się, chociaż pomęczyłem się troszkę, zanim rozgryzłem skomplikowany panel administratora na forall’u, na którym mam raptem parę stronek, które mechanicznie wrzucałem tam klientem ftp.

Właściwie myślę sobie, siedzę w sieci już 15 lat, zachwycałem się pierwszymi komunikatorami, np. ICQ, pierwszymi portalami polskimi, spośród których nie wszystkie przetrwały do obecnych czasów, i oczywiście czatami, najpierw zagranicznymi, potem polskimi typu polchat (od 99 r.). Wszystko nas cieszy, gdy jest nowe, poświęcamy wtedy internetowi ogromne ilości czasu. Zgłebiamy temat, logujemy się wszędzie gdzie tylko się da. Nie wspomnę o podawaniu swojego adresu mailowego w dziwnych miejscach, który wskutek tego tracimy w ogromie spamu. Potem jest okres rozczarowania, obycia z tym co już jest i patrzenia na wszystko z obojętnością i większą rozwagą.

Blog pomimo, że jest starym wynalazkiem (w sumie to elektroniczna wersja pamiętnika) nagle mnie zaczął cieszyć i mocno zainteresował. Zobaczymy co z tego wyniknie.

Dzisiaj chętnie wstałem o 6 rano. Jechało sie do pracy tak sobie. Sporo błota pośniegowego i miejscami lód. Szczęśliwie jednak dotarłem do pracy.

Poniedziałek był pracowity. Od rana miałem telefon od hodowcy strusi z zapytaniami na temat preparatów pobudzających czynności rozrodcze tych ptaków. Przy okazji dowiedziałem się, że strusie nie należą do zbyt inteligentnych ptaków i nie pamietają swoich opiekunów. W jedne dni są miłe i przyjazne, w inne atakują nawet tych ludzi, co im dają jeść i im sprzątają, np. szczypią dziobem i kopią. Kopnięcie strusia może być ponoć bardzo dotkliwe.

Po długiej rozmowie posprzątałem w laboratorium. Potem odbyła się w mojej obecności próbna produkcja nowego stymulatora wzrostu do testów na drobiu. Koło południa wygłosiłem dla lekarzy weterynarii wykład na temat płynnych preparatów leczniczych dla zwierząt, które sam opracowałem. Zamówiłem kilka odczynników i substancji w ukochanej Szwajcarii przeznaczonych do moich badań nad dawnymi lekami dla ludzi.

Miałem też 5 rozmów telefonicznych z osobami cierpiącymi m.in. na boreliozę, nowotwór, toczeń rumieniowaty i jak zwykle trądzik, z prośbą o pomoc w ich leczeniu. Przyszło też masę maili z prośbą o porady lekarskie. Oczywiście nie odpowiem na wszystkie listy, to niemożliwe. Ponadto nie jestem zwolennikiem dawania indywidualnych porad przez telefon czy internet. Kiedyś rozwinę ten temat na blogu, żeby ludzie mnie zrozumieli.

Jadąc samochodem usłyszałem reklamę Rutinoscorbinu. Tak sobie pomyślałem: ludzie to wszystko kupią, co jest reklamowane i uwierzą, że to jest skuteczne.Trzeba naprawde być naiwnym, żeby uwierzyć, że Rutinoscorbin wzmocni odporność, zwalczy katar, grypę, w ogóle uszczelni naczynia i wymiecie wolne rodniki. Smutne to. 1 tabletka zawiera 100 mg witaminy C i 25 mg rutyny (rutozydu). Skład niesamowity.  Producent zaleca ten lek w leczeniu i profilaktyce grypy oraz przeziebień, pod hasłem, “…nie daj się przeziebieniu”. Równie można sobie kupić witaminę C osobno, w formie zawierającej jej 500-1000 mg.

Oczywiście producent nie wspomni, że aby rutozyd zadziałał na śródbłonki naczyń należy go zażywać regularnie, w sporych dawkach i przez conajmniej 3 miesiące. Tymczasem jak ktoś zażywa ten lek 7-10 dni to max. Zważywszy, że w wiekszości katar jest wywołany wirusami, to po 10-14 dniach chory organizm wytworzy interferon, który zahamuje namnażanie wirusów i objawy choroby zanikną. Sprawdza się więc stare porzekadło: katar leczony trwa tydzień, a nie leczony 7 dni.

Na ulotkach dorobiona jest cała ideologia do Rutinoscorbinu, opierająca się na koncepcjach Linusa Paulinga, i wszelkich rewelacji na temat kwasu askorbinowego; nie wspomniano jednak, że Linus Pauling zażywał witaminę C w dawce kilku gram dziennie. Sporo więc tego Rutinoscorbinu trzeba by było pozjadać (30-40 tabletek dziennie).

Jeszcze bardziej mnie ”zaskoczył” Rutinoscorbin Plus, który zawiera dodatkowo aż 2 mg cynku! i 8 mikrogramów selenu!. Pewnie te dwa składniki stanowią zanieczyzczenie surowców użytych do produkcji tego leku. Przecież to jest śmieszne. Ale za sprawą ich obecności w składzie, dopisano w ulotce kolejne rewelacyjne właściwości lecznicze. Co gorsze, ludzie w to uwierzyli.

Na jednej z witryn (http://www.bezrecepty.pl/) znalazłem też informację: Niezależna Rada Marek “Superbrands” wyróżniła Rutinoscorbin tytułem Superbrand Polska 2004. Oznacza to, że marka ta została uznana za jedną z najsilniejszych na polskim rynku. Wśród 100 wyróżnionych tym tytułem marek znalazło się 7 leków. Ranking najlepszych marek – Superbrands – jest na świecie prestiżowym konkursem, który potwierdza siłę i znaczenie marki.