Archiwa

listopad 2026
P W Ś C P S N
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwa

Poniedziałki są straszne

Wczorajszy dzień był tak natłoczony wydarzeniami w pracy, że wyssał ze mnie wszystkie siły. Nie dałem nawet  rady podejść do kompusia i wpisać dla Was parę słów. Zresztą w niemal każdy poniedziałek tak jest. Ludzie w firmie budzą się po niedzieli i wpadają na rozliczne pomysły, które chcą szybko wdrożyć. Energia ich wprost rozrywa. Organizują zebrania, dzwonią, wpraszają się goście, dyskutują. Smutne to, bo mogliby rozłożyć tę pracę na cały tydzień. Koło czwartku wyczuwam u tych samych ludzi spadek sił witalnych i niemal zupełny zanik zaangażowania w pracę. Wypalają się przez pierwsze dwa-trzy dni tygodnia.

Straszydełko

wieś Góra, koło Pobiedzisk, luty 2007 r.

Kiedyś to była zima

Tak sobie oglądam zdjęcia sprzed 15 lat, trafiłem na takie, które zrobiłem w lutym 1991 roku w dolinie rzeki Lubatówki w Krośnie-Suchodole.
Zobaczcie, nawet rzeka zamarzła i można było po niej chodzić, a ile ślicznego puszystego śniegu.
Skan nie jest najlepszej jakości, bo zdjęcie jest na papierze półmatowym

Sentymentalna niedziela

Próbowałem dokończyć wczorajszy artykuł, ale jakoś nie mam natchnienia przez cały dzień. Przeglądałem trochę dawne nr Wiadomości Zielarskich, z lat osiemdziesiątych. W nr 5/1985 natknąłem się na artykuł pamięci prof. J. Mowszowicza i gdy go czytałem wywołał we mnie falę wspomnień z okresu zachwycania się Tym Wielkim Naukowcem z dziedziny botaniki. Gdy byłem dzieckiem i bawiłem się w badacza przyrody Krosna i okolic fascynowałem się wieloma autorami książek, z których czerpałem wiedzę w miarę swoich możliwości. Byli to Michajłow, Tołpa, Radomski, Dogiel, Chudoba, Biegański, Muszyński, Poprzęcki, Szczeklik, Aleksandrowicz, Danysz, Kubikowski, Jabłońska, Kączkowski, Butkiewicz, Szweykowscy, Podlewscy, Halicz, Broda, Podbielkowscy, Bruhl, Brzozowski, Horst, Kunicki-Goldfinger i in. Ktoś powie, ale mieszanka. Ich książek właśnie uczyłem się na pamięć i cytowałem spore fragmenty z pamięci. Do dziś do nich chętnie wracam.

Jakub Mowszowicz

Szczególnie polubiłem książki Jakuba Mowszowicza, które pomogły mi poznać florę i właściwości lecznicze ziół. Wielokrotnie patrzyłem na portret Profesora, wydawał mi się groźny i srogi. Mysłałem sobie, pewnie ciężko u Niego zdać egzamin. Wiedziałem, że pochodził z Wilna, gdzie urodził się w 1901 roku. Studiował na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Działalnośc naukową rozpoczynał w Zakładzie Botaniki Ogólnej tegoż Uniwersytetu u prof. Piotra Wisniewskiego (1881-1943).  Miejsce pracy i start na Uniwersytecie Łódzkim w 1945 roku zawdzieczał prof. J. Muszyńskiemu. W siódmej klasie szkoły podstawowej dowiedziałem się, że prof. Mowszowicz zmarł 5 lat temu, w 1983 roku. Wyczytałem to w nowej encyklopedii, do której sie dorwałem. Pamiętam, że było mi bardzo przykro, bo nie raz sobie myślałem na łące, gdy nie mogłem zidentyfikować gatunku roślinki …jaka szkoda, że nie ma tutaj prof. Mowszowicza, On by mi powiedział co to jest…, no tak, wtedy nie było takiego przepływu informacji, nie było internetu, mogłem nie wiedzieć.

Czytając artykuł o Prof. Mowszowiczu, autorstwa dra Kurowskiego dowiedziałem się, że Jakub Mowszowicz był człowiekiem niezwykle dobrym, ciepłym, ponoć nigdy nie szczędził czasu studentom i pracownikom zakładu, nie wykorzystywał okoliczności do wykazania swojej przewagi nad studentem, niejednokrotnie oferował pomoc materialną pracownikom i studentom, choć sam niewiele posiadał. J. Mowszowicz miał trudne życie, okresami tragiczne. Stracił całą rodzinę w czasie wojny. Ogromnie dużo pracował, bardzo dużo pisał. Pozostawił po sobie 800 publikacji. Oczywiście honoraria za książki nie dostawał lub dostawał bardzo niskie, pisał dla społeczeństwa. Niejednokrotnie honorarium poświęcał w całości na zakup książek, żeby je opatrzyć autografem, dedykacją i przesłać przyjaciołom lub do bibliotek. Na mnie wywołało to ogromnie duże wrażenie. Ta bezinteresowność i całkowite poświęcenie się nauce i dydaktyce. Uniwerek w Łodzi niewątpliwie ogromnie stracił po odejściu Profesora. Dobrze się jednak stało, że w mieście Łódź Ogród Botaniczny nazwano im. J. Mowszowicza.
Żeby utrzymać wspomnieniową atmosferę w tę niedzielę, teraz sobie pójdę pooglądać zdjęcia, jakie sam zrobiłem i wywołałem ponad 15 lat temu.

Pracowita sobota, wędrówka do przeszłości

Sobota była mało urozmaicona, ale ciekawa. Praktycznie cały dzień pisałem artykuły do czasopism. Niestety napisałem tylko jeden w pełni, a drugi do połowy. Bardzo dużo czasu zabiera mi tłumaczenie publikacji niemieckich, zwłaszcza tych starych, pisanych w gotyku, zawierających słówka już nie używane w medycynie i farmacji, a i może we współczesnym języku. Zresztą tyczy się to także naszego języka; nawet te prace polskojęzyczne z XVIII i XIX wieku są pisane w języku, który dla współczesnych Polaków byłby mało zrozumiały.  Wokół zawalony jestem czasopismami i księgami, niektóre liczą już 200 lat. Muszę uporządkować troszkę pokój i pójść coś zjeść, zgłodniałem bardzo, może pooglądam telewizorek. Szkoda, że dzisiaj nie wyszedłem z domku, był taki ładny słoneczny dzień. Z drugiej strony takie starocia są mi ogromnie bliskie i przenoszą mnie w czasy, które przeminęły, a za którymi ciąglę tęsknię. W sumie żyję przeszłością. Nie podoba mi się obecny porządek świata. Dziś nie ma już takich lekarzy, chemików, botaników, aptekarzy, takich metod leczenia, wspaniałych medykamentów, nikt nie pisze takich wybitnych dzieł. Gdybym mógł – odszedł bym w przeszłość i już nie wrócił.

Przyszła zima

Już wczoraj po przebudzeniu się i wyjrzawszy przez okno na poznańskich Jeżycach dostrzegłem wielkie pokłady śniegu na chodnikach, jezdni i samochodach. Nasza dozorczyni z zapałem usuwała śnieg. Znany stałym bywalcom tego blogu Pulowerek z przeciwległej kamienicy podziwiał na swoim parapecie okiennym śnieg (analizował go wzrokiem niczym młody naukowiec), po czym przystąpił do trzepania poduszek i ubranek.

Zjadłem śniadanko, wciągnąłem trochę rozmaitych farmaceutyków, wziąłem herbatkę i poszedłem do komputerka. Tradycyjnie czytałem wieści z Poznania i Krosna; w Krośnie nie było jeszcze śniegu, zapowiadany fron niżowy z północy nie dotarł na południe naszego kraju. W kamerkach, Rynek w Krośnie widniał jako suchy, nawet słonko przebłyskiwało.

Nagle za oknem w Poznaniu usłyszałem trąbienie i poślizgi kół samochodów. Znów wyglądnąłem przez okno jak “stara donica” zobaczyć co się dzieje. Na środku wąkiej jezdni stał wypasiony samochód, próbujący jechać dalej, tymczasem kółeczka kręciły się i nie złapały przyczepności na jezdni wybrukowanej kostką i pokrytej śniegiem. Jak zwykle w centrum miasta ekipy odśnieżające zostały zaskoczone zimą. Za nieporadnym samochodem ustawiła się kolejka innych, też zaczynających popadać w poślizg. Niektórzy kierowcy zaczęli kombinować i chcieli staranować ludzi na chodnikach, próbując ominąć inne pojazdy. Dozorczyni po chwilowym przyglądaniu się całej aferze, postanowiła pomóc i podsypywała sól pod ślizgające się koła. Po około pół godzinie pojazdy wykaraskały się z kłopotów i pojechały. Zapewne dzięki reakcji soli ze śniegeim. W czasie mojej podróży samochodem zobaczyłem sparaliżowany Poznań. Trochę posypało śniegiem i efekt: masę wypadków, stłuczek, ogromniaste korki. Uwyraźnił się u wielu kierowców brak pdstawowych umiejętności kierowania pojazdem. Mieli problem z ruszaniem, ze skrętami, podstawowymi manewrami, reagowaniem na zmieniające się światła, ale z drugiej strony potrafili rozpędzać samochody do prędkości, przy których nie panowali nad pojazdami.

Poznan, Jezyce

W Poznaniu spadł śnieg, luty, 2007 r.

Poznan, Jezioro Rusalka

Jezioro Rusałka zamarzło. Poznań Jeżyce, luty 2007 r.

Apptrim na redukcję masy ciała, czy też na zwiększenie wydolności psychofizycznej?

Jak to wielu moich kolegów postanowiłem obniżyć masę swojego ciała. Do tej pory stosowałem preparaty mojego pomysłu i masa ciała zmniejszała się w cągu 3-4 miesięcy o 10-13 kg. Po czym, po moim obżarstwie wracała do swojej pierwotnej wersji. Tym razem znajoma aptekarka z Kiszkowa, też o tuszy niczego sobie, poleciła mi gotowy produkt amerykańki o nazwie Apptrim, którego dystrybutorem jest Pliwa. Producentem Apptrimu jest firma Targeted Medica Foods. Apptrim to kaspułki (60 sztuk) zawierające aminokwas tyrozynę 101,3 mg, cholinę 101,3 mg, kwas glutaminowy 85,1 mg, koffeinę 40,5 mg, wyciąg z owoców kakaowca 6% 28,5 mg, histydynę (aminokwas), hydrolizat białka 28,4 mg, serynę 24,3 mg (też aminokwas), nasiona Griffonia simplicifolia (20% 5-hydroksytryptofan) 8,1 mg i wyciąg z nasion winogron 95% 4,1 mg.

Regularnie zażywałem ten preparat przez 1 pełny miesiąc nie stosując równocześnie specjalnej diety. Masa mojego ciała zmniejszyła się o 1,9 kg. Nie spodziewałem się cudu, w końcu nie zmieniłem nawyków żywieniowych. Jedno co mogę powiedzieć o tym produkcie, nie podlizując się Amerykanom (bo ich generalnie nie lubię), fajnie działa na psychikę, poprawiając samopoczucie. Zwiększał on wydolność psychofizyczną, zmniejszył u mnie ryzyko depresji zimowej, często mnie dopadającej w pochmurnym Poznaniu o tej porze roku. Dobrze mi się pracowało umysłowo po tym preparacie i niewątpliwie będę go stosował jako swoistego rodzaju doping.

Apptrim

Drodzy urzędnicy – Ręce precz od ziół

Gdy tak przeglądam dawną literaturę na temat leków, budzi się we mnie żal, jak dużo substancji leczniczych pochodzenia mineralnego, zwierzęcego i roślinnego wykreślano w latach następnych, doprowadzając do dominacji w lekospisach skomplikowanych związków chemicznych, pochodzenia syntetycznego. Nie mam nic przeciwko lekom syntetycznym, wiele z nich jest cennych i skutecznych, ale…, ale ręce precz od preparatów galenowych pochodzenia naturalnego!. Do władz wciąż włażą z buciorami ludzie niekompetentni, zadufani w sobie, którym władza uderza mocno do głowy, a po zdobyciu stopni naukowych w ekspresowym tempie, zdaje się im, że na wszystkim się znają i wszystko mogą.
Skutkiem bycia niektórych osób w rozmaitych lekarskich i farmaceutycznych instytucjach decyzyjnych są fatalne posunięcia, zmierzające do wyeliminowania i kontrolowania wszystkiego, co wiąże się z medycyną naturalną. Denerwują ich publikacje uczące społeczeństwo poznawania naturalnych środków leczniczych i praktyk samoleczenia. Jak już autor podaje dawki tychże preparatów znienawidzonych przez pewne osoby zaczynają się nagonki na niego ze wszystkich stron, w postaci nieobiektywnych pogrążających recenzji, dyskryminacji, wyklęcia ze „świata naukowego”.
Wielokrotnie mam możliwość przebywania w środowisku ludzi z wielkich koncernów farmaceutycznych i przedziwnych komisji unijnych, mających na celu wszystko uregulować, a przeszkadzające i obce kwestie usunąć zewsząd. Ludzi w marketingu molochów farmaceutycznych wkurzają rozmaite alternatywy dla produktów syntetycznych i naturalnych przez nich produkowanych i zmodyfikowanych. Jeśli np. koncern postanowi wprowadzić konwalię w postaci ekstraktu kapsułkowanego, albo alternatywy syntetycznej nasercowej robi wszystko, żeby doprowadzić do usunięcia z rynku surowca w postaci suszonych liści konwalii. Jest to ich naturalny odruch. Zainteresowany pacjent stosowaniem rozmaitych przetworów z konwalii w postaci np. naparu nie może nabyć w sklepie zielarskim liści konwalii. Zatem pomimo, że znajdzie w mądrych książkach dokładny przepis jak sporządzić i dawkować taki napar, i tak nie będzie mógł go zastosować. Oczywiście jest możliwość uprawy konwalii dla własnych potrzeb. Weźmy mniej kontrowersyjny przykład, np. kudzu, johimba, gotu kola, eleutherococcus, miłorząb, przęśl, orzeszki cola, guaranę. Surowce są w suplementach diety i w lekach produkowanych najczęściej przez wielkie firmy, za grube pieniądze. Na próżno szukać w sklepach zielarskich tych substancji w formie surowca (cena znacznie niższa, bez porównania), z którego każdy chcący mógłby zrobić ciekawe preparaty na podstawie licznych przepisów. Dlaczego np. jeśli chcemy pić napar z guarany i eleuterokokusa nie możemy ich kupić w naszym kraju, czy większości krajów Europy. Gdy pojedziemy do krajów azjatyckich, południowoamerykańskich i afrykańskich na targu miejskim dostaniemy te surowce i dodatkowo znacznie ciekawsze, których w Polsce nigdy nie dopuszczą do wolnego handlu. Wielu moich znajomych jest rozgoryczonych, że czytają o tylu cennych roślinach, niekoniecznie używkach, ale też na rozmaite przypadłości, i nie mogą ich sobie kupić. Zwyczajne zakłamanie w Unii Europejskiej. Zabierają się do regulowania naszego życia, a nie potrafią ograniczyć importu nielegalnych narkotyków i wyłapać sprzedawców ciężkich narkotyków.
Pseudofachowcy unijni weryfikują publikacje zielarskie niczym cenzorzy w poszukiwaniu roślin, które w dany roku należałoby uwalić i zdyskontować w oczach społeczeństwa. Siedzą na koszt podatników i kombinują. Nie będę tutaj mówił o korupcji i braku podstawowej wiedzy wśród tych nibyeskpertów, a przede wszystkim o braku racjonalnego podejmowania decyzji.
Nie sposób wyliczyć tutaj ziół, których dzieje i zastosowanie w medycynie zostało zniszczone jednym podpisem urzędasa, nie potrafiącego znaleźć drogi do hotelu w Brukseli. Bezkrytyczne uznawanie wyników badań z Australii lub Południowej Ameryki i przenoszenie ich na ten sam gatunek rosnący w Europie Środkowej świadczy o głupocie tych ludzi. Nie wiedzą, że składy tego samego gatunku, rosnącego w różnych strefach klimatycznych różnią się diametralnie. Nie można np. porównywać zawartości alkaloidów w żywokoście rosnącego w Polsce i w krajach Europy Południowej, czy Ameryki Północnej. Ale jest decyzja, żywokostu nie wolno stosować doustnie, bo zawiera hepatotoksyczne alkaloidy pirolizydynowe. Nie ważne, że takie alkaloidy pirolizydynowe są w innych surowcach, w większych ilościach, „dozwolonych” przez EMEA i słynną Komisję E. Wycofano syrop żywokostowy (jakże wartościowy), a na torebce z korzeniem żywokostu widnieje informacja o zastosowaniu zewnętrznym zioła.
Teraz jest nagonka na glistnik jaskółcze ziele Chelidonium majus.
Czytamy:
„Prezes Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczychinformuje, że wobec odnotowania w Niemczech kilkudziesięciu przypadków hepatotoksyczności po stosowaniu produktów leczniczych, zawierających przetwory z Chelidonium maius, ryzyko stosowania tego surowca do celówleczniczych przeważa nad znikomą korzyścią terapeutyczną. W EMEA podjęto także kroki do wpisania Chelidonium maius na europejską listę ziół, których ryzyko stosowania przekracza akceptowane korzyści lecznicze. Wobec tego, że istnieje szereg skuteczniejszych i bezpieczniejszych produktów leczniczych roślinnych, o działaniu pobudzającym wydzielanie żółci, Urząd Rejestracji nie poleca stosowania produktów leczniczych zawierających ten surowiec roślinny.”
Brak słów, zwłaszcza, że badałem dość długo tę roślinę. Badania prowadziłem na drobiu, trzodzie. Nie będę tutaj wspominał o długości lat stosowania glistnika w medycynie , począwszy od starożytności. W badaniach in vivo, w sumie na kilkuset tysiącach osobników świń i brojlerów (z 6-12 powtórzeniami) zauważyłem tylko uszkodzenia wątroby w określonej grupie zwierząt, mającej defekty genetyczne związane z enzymami wątrobowymi. Wtedy pojawiły się zmiany patologiczne. Oczywiście nikt z nas bez szczegółowych badań nie jest w stanie wiedzieć, jaki ma mutacje genetyczne i związane z tym nieprawidłowości biochemiczne w ustroju. Zresztą takich przykładów jest cała masa, a odnieść to można praktycznie do wszystkich leków metabolizowanych. Zacytuje tutaj fragment jednej z moich publikacji:
„W 1886 roku dokonano syntezy acetanilidu C6H5NHCOCH3, produktu, z którego łatwo otrzymać paracetamol. Sama jednak reakcja uzyskiwania paracetamolu z p-nitrofenolu znana już była w 1878 roku i przeprowadzona po raz pierwszy przez chemika Harmon’a Northrop’a Morse. W latach 1893-1895 wprowadzono do lecznictwa paracetamol C8H9NO2, – hydroksyacetanilid (acet-aminophen, acetylo-aminofenol, N-acetylo-p-aminofenol) znany pod różnorodnymi nazwami handlowymi. Obecnie przechodzi swój renesans. Paracetamol jest metabolitem fenacetyny i działa przeciwbólowo oraz przeciwgorączkowo przez hamowanie cyklooksygenazy prostaglandynowej 10 razy silniej w ośrodkowym układzie nerwowym niż w obwodowym układzie nerwowym. Nie działa, więc przeciwzapalnie i nie działa przeciwreumatycznie. Wywiera wpływ przeciwbólowy przez 4-5 godzin. Okres półtrwania 1-3 godziny. Dodatek kodeiny i kofeiny do leku wzmaga jego działanie przeciwbólowe i poprawia samopoczucie pacjentów w chorobach zakaźnych.
Lek ulega wchłonięciu z jelit do krwi w ciągu 45-60 minut. Wydalany jest wraz z moczem w powiązaniu z cysteiną, siarczanami i kwasem glukuronowym. Przy niewydolności nerek paracetamol zalega we krwi łącząc się z białkami. Jednym z metabolitów N-acetylo-p-aminofenolu jest toksyczny N-acetylo-p-benzochinon, który działa przede wszystkim nefro- i hepatotoksycznie (uszkadza nerki i wątrobę). Deacetylacja i hydroksylacja leku zachodzi w wątrobie. Lek może wywoływać leukopenię, nudności, pokrzywkę i rumień na skórze. Działanie toksyczne leku ulega nasileniu pod wpływem alkoholu. Nie wolno go podawać w przypadku chorób wątroby, pęcherzyka żółciowego, nerek i krwi. Lek może powodować methemoglobinemię (u dzieci objawia się to sinicą).
Hepatotoksyczny i nefrotoksyczny metabolit paracetamolu (N-acetylo-p-benzochinon) jest neutralizowany po związaniu z glutationem. W ten sposób glutation zapobiega martwicy narządów miąższowych. Podczas częstego i długotrwałego stosowania paracetamolu, a także w razie jego przedawkowania – zapasy glutationu ulegają zużyciu. Regeneracja jest możliwa w razie dostatecznej podaży metioniny w diecie. Lekarz nie kontroluje jednak diety swoich pacjentów. W związku z tym warto zapisywać wraz z paracetamolem preparaty metioninowe (Methiovit), które profilaktycznie ochronią organizm przed szkodliwym wpływem metabolitów paracetamolu. W razie przedawkowania ułatwi to również detoksykację. Metionina nie zmniejsza skuteczności leczniczej paracetamolu.”

Jaki z tego wniosek? Taki, że jeśli ktoś ma upośledzony metabolizm w wątrobie zaszkodzi mu mocno jeden z najpopularniejszych leków przeciwbólowych, dostępny bez recepty nawet w sklepie spożywczym. Dlaczego ów instytucje nie wydadzą podobnego ostrzeżenia, jak dla glistnika? Wiadomo, koncerny już o to zadbały. Co ciekawe, paracetamol jest bardzo polecany w leczeniu dzieci.
Najbardziej smutne jest to, że gdy czytam monografie ziół wydane przez Komisję E lub EMEA, znajduje tam tzw. odpisy kuchenne (wiadomości z innych publikacji, z tymi samymi błędami), a podawany skład chemiczny, często nie różni się od tego, publikowanego w XIX i na początku XX wieku. Dla mnie jest to dowód, że komisje te nie weryfikują należycie dotychczasowej wiedzy na temat roślin, nie prowadzą nowych badań nad ich chemizmem, a przy podejmowaniu decyzji sugerują się nielicznymi publikacjami i badaniami często prowadzonymi in vitro, np. słynne testy nad genotoksycznością substancji roślinnych u bakterii. Chciałem przypomnieć, że człowiek należy do królestwa organizmów jądrowych Eucaryota, a bakterie do innego królestwa – bezjądrowych – Procaryota. Jest między nami spora różnica, nie tylko na poziomie najwyższych jednostek systematycznych.

Brando guarando

Dziś szybko przeanalizowałem wzrokiem przepełniony stół w moim biurze i zauważyłem pod stosem kartek i naczyń laboratoryjnych torebkę z cukierkami o nazwie “Brando guarando, guaraną na wysokich obrotach”, firmy Goplana. Skusiłem się na cukiereczka, był taki czerwony, nawet smaczny. Popatrzyłem na skład, szukam guarany i znajduje informację, że zawiera 0,1% aromatu guarany. Przyjąłem, że producent dodał do masy cukierkowej 0,1% ekstraktu z guarany. Określiłem masę cukierka na wadze elektronicznej, ważył 4,18 g. Dane wprowadziłem do programu, w którym określam zawartość składników czynnych w surowcach farmaceutycznych. Wyszło, że jeden cukierek zawiera 4 mg wyciągu z guarany, co daje w efekcie zawartośc koffeiny w cukierku rzędu 0,16 mg. Osoby wtajemniczone i czytające moje stronki (np. http://luskiewnik.strefa.pl/psychostymulantia/p33.htm ) od razu wiedzą, że koffeina działa efektywnie w dawce powyżej 100 mg. Zatem Brando Guarando jest zwykłym cukierkiem z dorobioną ideologią, zawierającym śladowe ilości guarany i na próżno spodziewać się można jego fajnego wpływu na procesy psychiczne.

Na spacerku

Dzisiaj pojechałem z rodziną do Swarzędza na spacer. Słonko ślicznie świeciło i grzało. Przeszedłem się deptakiem nad Jeziorem Swarzędzkim, wspominając podobne spacery sprzed 10-12 lat, za czasów studenckich. Wtedy właśnie wynajmowałem pokoik w jednym z domów w Swarzędzu, skąd codziennie dojeżdżałem na uniwerek i akademię medyczną. Wbrew pozorom dojazd był szybki i sprawny. Wtajemniczeni wiedzą, że Swarzędz leży 13 km od Śródki w Poznaniu, autobus pokonywał tę odległość w 14-15 minut. Sfotografowałem parę miejsc nad jeziorem. W sumie niewiele się nad jeziorem zmieniło. Zbudowano basen kryty, co zmieniło nieco wizerunek brzegu jeziora.

Na jeziorze przy brzegach widniał cienki lód, ziemia w zagłebieniach terenu była jeszcze zamarznięta. W miejscach nasłonecznionych spotkałem bazie. Po roslinkach widziałem jednak, że wiosna nadchodzi. Niebawem przyjdzie i pojawi się mój ulubiony aspekt wiosenny. Najcudowniejszymi dla mnie okresami w roku są miesiące kwiecień-czerwiec. Już nie mogę się ich doczekać. Oczywiście w kwietniu i maju zakwitnie też łuskiewnik różowy, któremu poświęciłem wiele lat swojego życia, badając jego właściwości lecznicze i biologię. Gdy widzę mojego małego łukiewniczka, wydostającego się spod ziemi na krótką chwilkę, przeszywa mnie dreszcz emocji. Jest to wspaniałe uczucie, które pojawiło się u mnie po raz pierwszy w Krośnie, nad rzeką Lubatówką, gdy miałem może 10 lat i analizowałem tamtejszą florę.

Swarzędz

Swarzędz
Swarzędz, droga spacerowa nad Jeziorem Swarzędzkim, luty 2007 r.

sobota w podróży

Dzisiaj rano pojechałem z rodzinka do Torunia. Wróciłem późnym wieczorem i jestem naprawdę padnięty. Stan drogi z Poznania, przez Gniezno i Inowrocław jest fatalny. W trakcie jazdy myślałem o raporcie UE, który ukazał zły stan polskich dróg; wg tego raportu tylko 1% naszych dróg spełnia wymogi unijne. Niewątpliwie tego miałem dzisiaj dowód. W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilkę w Gnieźnie, pochodziłem po centrum starówki. Zimno jednak było, -1 stopni C.

Zrobiłem troszkę zdjęć w Strzelnie i Toruniu, zwiedziłem powtórnie planetarium, stare miasto w Toruniu, wreszcie galerie handlowe (Kopernik), które do tej pory pomijałem. Nie zapomniałem oczywiście o kupnie pierniczków 😉 Bardzo miłe wrażenie zrobiło na mnie Strzelno, miasteczko 6 tys. Rynek fajny, niektóre kamieniczki bardzo ciekawe.

Teraz lecę spać. Pa, do jutra 🙂

Toruń

Toruń

 

Toruń
Toruń, luty 2007 r.

Strzelno
Strzelno, luty 2007 r.

Strzelno
Strzelno, luty 2007 r.

Strzelno
Strzelno, luty 2007 r.