Archiwa

Czy chmiel może być afrodyzjakiem?

Pewnego dnia, całkiem niedawno zamówiłem w księgarni internetowej książkę pt. “Afrodyzjaki mity czy rzeczywistość”, wydaną przez Oficynę Wydawniczą Ma w Łodzi w 2000 roku. Autorami tej książki są dr E. Majchrzak i prof. R. Glinka. Szczerze mówiąc ucieszyłem się, że współcześni Polacy napisali taką pracę i pełny nadziei zamówiłem książkę. Zawsze dotąd czerpałem taką wiedzę ze starych niemieckich i staropolskich ksiąg. Okazało się, że jest to broszurka licząca 105 stron i nie wnosi nic nowego do polskiej literatury z tej dziedziny. Są to po prostu odpisy kuchenne z powszechnie znanych publikacji polskich i niemieckich, łatwo dostępnych w większych bibliotekach. Spodziewałem się, że będzie w tej pracy rys historyczny każdej z roślin, dzieje jest stosowania, dawne i wspólczesne informacje na ich temat i przede wszystkim autorzy skupią się na rzeczywistym pobudzającym oddziaływaniu danej rośliny na czynności płciowe człowieka. Tymczasem znalazłem pobieżne informacje na temat wyglądu, uprawy (nie wiem po co?) i wieści na temat zastosowania w lecznictwie z popularnych książek zielarskich, podręczników farmakologii, leksykonów i encyklopedii.

Gdy tak przeglądałem wykaz opisanych roślin zobaczyłem chmiel. Pomyślałem na cholerę oni tu dali chmiel? O ile wiem, afrodyzjak to środek zwiększający popęd płciowy, nasilający przyjemności seksualne. Chmiel (szyszka, lupulina) z pewnością tutaj nie należy i zawsze był w starych księgach omawiany łącznie z bromem, jako substancja hamująca popęd płciowy, stosowany do “leczenia” masturbacji, polucji, nadpobudliwości seksualnej, bolesnych, niekontrolowanych i długotrwałych wzwodów prącia. Nowsze badania wykazały nawet, że lupulina z chmielu działa antyandrogennie i estrogennie. U mężczyzn z pewnością więc nie zwiększa libido. Co ciekawe autorzy wykazali to w opisie lupuliny, więc po jakiego pierona w ogóle uwzględniali chmiel, skoro książce dali tytuł “Afrodyzjaki…

A tak od siebie podam, że testowałem przez dwa lata wyciąg z chmielu na zwierzętach agresywnych, wykazujących zachowania kanibalistyczne i ze skłonnościami do samookaleczania się oraz nadmiernie pobudzonych seksulanie. Zastosowałem również preparaty chmielu u knurów, kogutów i byków tak pobudzonych seksualnie, że kopulowały wszystko co popadło (np. poidła, rolnika), w tym siebie nawzajem. Wyniki badań wykazały, że chmiel w praktyce wyhamowuje wspomniane nieprawidłowości w zachowaniu zwierząt, co zaowocowało produkcją preparatów dostępnych na rynku.

Także u ludzi z powodzeniem stosuję preparaty zawierające ekstrakt z szyszek chmielu i lupulinę, w sumie nigdy mnie nie zawiodły. Dlatego polecam chmiel wszystkim nadpobudliwym psychicznie i seksualnie, nerwowym, zestresowanym, jak i cierpiącym na bezsenność.

Doskonałe efekty uspokajające można uzyskać łącząc chmiel (szyszki) z kozłkiem lekarskim (walerianą, kłącze), melisą (liść), tatarakiem (kłącze) i glistnikiem jaskółczym zielem (ziele lub korzeń). W taki sposób można zmieszać nalewki z wymienionych ziół w równych częściach i zażywać 1-3 razy dziennie po 10 ml. Nalewkę sporządza się zalewając 1 część surowca ( np. ziela) 5 częściami alkoholu 40-50%. Zalany surowiec trzeba pozostawić w ciemnym miejscu na 1-2 tygodnie, po czym otrzymany lek przefiltrować.

Dobra jest także mieszanka złożona ze wspomnianych suchych surowców, rozdrobnionych i zmieszanych w równych częściach. 1 łyżkę takiej mieszanki należy zalać 1 szklanką (220 ml) wrzącej wody, odstawić na 20-30 minut, po czym przecedzić. Pić 2-3 razy dziennie po 60-100 ml.

szyszki chmielu

Chmiel, szyszki sierpniowe, Krosno

11 komentarzy Czy chmiel może być afrodyzjakiem?

  • Jolanta

    Szanowny Panie Doktorze,
    Chciałabym nabyć od Pana ekstrakt z szyszek chmielu i lupulinę (w związku z działaniem antyadrogennym i estrogennym). Jeżeli można to prosiłabym włączyć w zestaw innne zioła antyadrogenne (w formie wyciagu lub ekstraktu. Uprzejmie proszę o informacje. Pozdrawiam

  • Szanowna Pani

    Ja nie prowadzę sprzedaży ziół przez internet i bezpośrednio, choć sporządzam niesłychane ilości różnych preparatów. Proszę dać komunikat na naszym Forum o chęci kupna chmielu, może ktoś posiada takie surowce. Lupulina w kapsułkach była produkowana przez Herbapol Kraków, niestety w małych ilościach i często brakuje jej na rynku. Może też Pani samodzielnie przygotować wyciągi alkoholowe z szyszek chemielu (na razie są do kupienia w sklepach zielarskich), wg zaleceń na moich stronach.
    Pozdrawiam

  • AC

    Witam
    W książce „Rośliny lecznicze i ich praktyczne zastosowanie” Aleksandera Ożarowskiego i Wacława Jaroniewskiego, znalazłem kiedyś następujący przepis:
    „Napój w nadpobudliwości płciowej: do butelki piwa jasnego wsypać po 1 łyżeczce szyszek chmielowych, liści melisy i liści mięty, pozostawić na 12 godz. i przecedzić. Pić od 1/2 szklanki do całej butelki, zależnie od wieku i stopnia nasilenia nadpobudliwości seksualnej u mężczyzn (erotomania) i kobiet (nimfomania), również w zmazach nocnych (polucje), skłonności do onanizmu i bezsenności na tle erotycznym.”
    Choć nigdy nie miałem tego typu problemów, postanowiłem wypróbować recepturę, zastanawiając się, jak zadziała na „normalnego” człowieka.
    Spałem jak niemowle, libido zerowe.
    Pozdrawiam
    AC

  • Roman M.

    Remedia amoris cz. III/1. Rzecz o skomplikowanej układance hormonalnej z logiczną sprzecznością i o tym dlaczego chmiel może zepsuć smak piwa.

    „Chmiel (…) konserwuje napoje ale za przyjemność spożywania trunków płaci się dręczącymi chorobami i krótkim życiem.”
    John Evelyn (1670 r.).

    Pani Alicja C. po I cz. mojego komentarza prosiła mnie o podanie zestawu ziółek na osłabienie seksualnego zainteresowania mężczyzn kobietami. Nie wiem czy takowe istnieją, choć jest sporo takich roślin które osłabiają libido mężczyzn. Pomysł Pani Alicji aby naciskać czy wycinać taki czy inny płat mózgu jakoś mnie nie przekonuje. W trosce o osobników płci własnej, celem uchronienia nas przed lobotomią itp. zabiegami, postaram się w kolejnych częściach komentarza (o ile powstaną) podawać i tak działające rośliny. W dawnych księgach zielarzy z różnych wieków znaleźć możemy równie często zarówno wskazówki o roślinach wzmagających popęd seksualny, jak i o ziołach ów popęd hamujących. Np. w traktacie „Thesaurus pauperum seu de medendis humani corporis membris” autorstwa papieża Jan XXI (1220 – 1277) o którym wspomniałem w cz. II, w rozdziale XXXI zatytułowanym „O uśmierzeniu popędu płciowego” znaleźć możemy takie zalecenia: „(…) Także, nasiona rośliny zwanej nimphea aguatica dawane w napoju powstrzymują czynności organów płciowych. Także woda w której gotowano lentyszek i nasiona sałaty skutecznie uśmierza pożądliwość cielesną. Scypion w Generatione. Także, jeżeli da się do picia 3 uncje nasion kolendru powstrzymuje to popęd do spółkowania”. W księgach zielarzy okresu średniowiecza dość często zamieszczane były przepisy na środki zdolne ostudzić miłosne żądze (np. zalecano w tym celu mnichom spożywanie dojrzałych jagody niepokalanka pospolitego Vitex Agnus casus – opisanego nam tak ładnie na blogu). W tej części komentarza odniosę się do pytania doktora postawionego w tytule postu „Czy chmiel może być afrodyzjakiem?”. Chciałbym zaznaczyć, że książki pt. „Afrodyzjaki mity czy rzeczywistość” nie widziałem i trudno mi recenzować jej treść. Nie mam też pojęcia z jakich źródeł czerpali autorzy dr E. Majchrzak i prof. R. Glinka i co mieli na myśli. Należy najpierw zauważyć, że p. Henryk z pewnością ma rację pisząc o chmielu „(….) był w starych księgach omawiany łącznie z bromem, jako substancja hamująca popęd płciowy, stosowany do “leczenia” masturbacji, polucji, nadpobudliwości seksualnej, bolesnych, niekontrolowanych i długotrwałych wzwodów prącia. Nowsze badania wykazały nawet, że lupulina z chmielu działa antyandrogennie i estrogennie. U mężczyzn z pewnością więc nie zwiększa libido (…)”. Estrogen oddziaływuje neutralizująco na hormon agresji – testosteron (hormon seksu, agresji i dominacji). Doktor wyżej napisał: „ (…) A tak od siebie podam, że testowałem przez dwa lata wyciąg z chmielu na zwierzętach agresywnych, wykazujących zachowania kanibalistyczne i ze skłonnościami do samookaleczania się oraz nadmiernie pobudzonych seksualnie. Zastosowałem również preparaty chmielu u knurów, kogutów i byków tak pobudzonych seksualnie, że kopulowały wszystko co popadło (np. poidła, rolnika), w tym siebie nawzajem. Wyniki badań wykazały, że chmiel w praktyce wyhamowuje wspomniane nieprawidłowości w zachowaniu zwierząt, co zaowocowało produkcją preparatów dostępnych na rynku”. Ma to odniesienie również do ludzi. Badania i eksperymenty (bardziej kryminologiczno – penitencjarne niźli medyczne) parokrotnie już pokazały, że estrogen może powstrzymać stosujących przemoc mężczyzn od skrajnie agresywnych zachowań. Używano go do uzyskania kontroli nad zachowaniami mężczyzn popełniających przestępstwa seksualne. Pewnie podobnie działaby chmiel zawierający fitoestrogeny. Rozwińmy nieco myśl doktora i zastanówmy się jak na sferę seksualną ludzi wpływać może chmiel (a precyzyjniej to co zawiera). Truizmem jest twierdzenie mówiące o tym, iż na sferę o której mowa oddziaływają hormony. Utrzymanie prawidłowej aktywności seksualnej jest regulowane przez system, który składa się z układów nerwowego, naczyniowego, procesów metabolicznych, hormonów płciowych i neurotransmiterów o czym już wspomniałem w innym miejscu. W powszechnym mniemaniu hormony płciowe kojarzone są jednoznacznie z narządami płciowymi i daną płcią. Estrogeny łączy się z kobietą, a androgeny z mężczyzną. Tymczasem aktywność seksualna mężczyzn i kobiet jest istotnie związana zarówno z androgenami, jak i estrogenami – co jak się przekonałem robiąc pobieżny przegląd literatury tematu, do końca nie jest wyjaśnione i wypowiadane są w tym względzie opinie wcale nie jednoznaczne. Przyjrzyjmy się temu trochę dokładniej. Hasło „hormony” kojarzy się nam powszechnie z układem wydzielania wewnętrznego czyli układem dokrewnym. Jest on systemem, który reguluje czynności różnych tkanek i narządów za pośrednictwem substancji chemicznych wydzielanych do krwi, zwanych hormonami. Mówiąc najprościej, układ ten służy zatem podobnie jak system nerwowy, przekazywaniu informacji lub sygnałów. Upraszczając nieco. Obydwa systemy przekazywania informacji różnią się przede wszystkim tym, że system nerwowy bardzo szybko przekazuje sygnały, podczas gdy hormony muszą najczęściej przebyć długą drogę z miejsca gdzie zostały wytworzone do organu lub tkanki, w których rozwijają swoje działanie i dlatego wolniej przekazują informacje. Hormony, mówiąc językiem muzyki, „grają” wraz z układem nerwowym „pierwsze skrzypce” w zakresie regulacji funkcjonowania organizmu człowieka. System o którym mowa zatem, współdziała z układem nerwowym w przystosowaniu funkcji różnych narządów do wymagań związanych z warunkami środowiska zewnętrznego, aktywnością ruchową, spełnianiem funkcji rozrodczych itp. oraz z utrzymywaniem stałości wewnętrznego środowiska organizmu, czyli homeostazy. Dział medycyny zajmujący się hormonalną regulacją procesów życiowych i jej zaburzeniami nosi nazwę endokrynologii. Według klasycznej definicji hormony są to substancje chemiczne wydzielane przez gruczoły wydzielania wewnętrznego do krwiobiegu i wywierające wpływ na czynności różnych tkanek i narządów. Obecnie wiadomo, że nie wszystkie hormony są wydzielane przez swoiste gruczoły dokrewne. Znaczna część hormonów jest wytwarzana w innych tkankach, np. w układzie nerwowym (neurohormony), w błonie śluzowej przewodu pokarmowego (hormony przewodu pokarmowego), nerkach (np. erytropoetyna) lub nawet we krwi (np. angiotensyna). W sumie wytwarzamy ponad 100 hormonów, ale ich stężenie jest bardzo małe. Hormony zbudowane są w sposób zróżnicowany: niektóre składają się z aminokwasów (z nich zbudowane są białka), inne są mniejszymi lub większymi białkami i w końcu istnieją jeszcze hormony steroidowe, syntezowane w nadnerczach z cholesterolu. Aby hormon wykonał swoje zadanie musi osiągnąć swój organ docelowy względnie komórkę docelową, związać się z wykształconymi tam specjalnie dla danego hormonu punktami zwanymi receptorami, znajdującymi się na powierzchni komórek. Każdy hormon jak „klucz” pasuje do „zamka” receptora. Każda komórka w ciele wyposażona jest w szereg najróżniejszych receptorów hormonowych, z którymi może wiązać specjalny hormon. Związanie się hormonu z przeznaczonym dla niego receptorem wywołuje wewnątrz komórki odpowiednie reakcje. Ale i tu są wyjątki; niektóre hormony, w szczególności wyprodukowane w nadnerczach hormony steroidowe, nie wiążą się z receptorami na powierzchni komórek, lecz przedostają się przez składającą się z tłuszczy ścianę komórkową do wnętrza komórki i tam wiążą się ze specjalnymi receptorami. Przyjrzyjmy się nieco bliżej tzw. hormonom płciowym które nie tylko są odpowiedzialne za rozwój i funkcje organów płciowych i wykształcenie wtórnych cech płciowych, ale też w różny sposób oddziaływają na wiele organów ciała. Najważniejszymi hormonami kobiet są estrogeny i gestageny, a najważniejszym męskim hormonem płciowym (androgeny) jest testosteron. Warto wiedzieć, iż istnieje około 30 różnych estrogenów a do najważniejszych zaliczamy estradiol, estron i estriol. Estrogeny wytwarzane są u kobiet w jajnikach, w mniejszym stopniu także w nadnerczach, w tkance tłuszczowej, jak również w wielu innych tkankach. Gestageny, których najważniejszym przedstawicielem jest progesteron, także wytwarzany jest w jajnikach (a w ograniczonym stopniu także w nadnerczach). Tak jak wspomniałem testosteron kojarzony jest z funkcją męskich narządów płciowych. Można tu dodać, iż testosteron w niewielkich ilościach tworzony jest także w jajnikach i nadnerczach kobiet (mężczyźni w wieku rozrodczym mają go nawet 20 razy więcej) i podobnie jak u mężczyzn, ma zadanie podwyższać ochotę na seks (z czym nie wszyscy się zgadzają – o czym niżej). Od pewnego czasu w piśmiennictwie medycznym zwraca się uwagę na rośliny które mogą mieć wpływ na układ hormonalny u ludzi. Mówi się przede wszystkim o fitoestrogenach, związkach pochodzenia roślinnego strukturalnie i funkcjonalnie naśladujących działanie naturalnych estrogenów (wykazują strukturalne podobieństwo do ludzkich hormonów estrogenowych np. estronu i 17β-estradiolu). Mogą one wykazywać potencjalne korzyści dla naszego zdrowia i nie są obarczone takim jak prawdziwe estrogeny działaniem niepożądanym (choć na ogół mają słabsze działanie). Fitoestrogeny występują między innymi w zbożach, soi, fasoli, zielonych warzywach, owocach, orzechach i trawach. Działanie fitoestrogenów ludzie praktycznie wykorzystywali już w starożytności. W I wieku po Chrystusie odnotowano, iż w jednej tylko prowincji rzymskiej (na terenie odpowiadającym dzisiejszej Libii) rosła roślina o nazwie Sylfion. Kobiety Imperium Rzymskiego po zażyciu ekstraktu z rośliny nie zachodziły w ciążę (działanie estrogenie Sylfionu). W zw. z tym nader chętnie wykorzystywały roślinę do produkcji specyfików antykoncepcyjnych. Olbrzymi popyt na to zioło doprowadził do całkowitego jego wyginięcia. Istnieje teoria mówiąca o tym, że rośliny „wynalazły” fitoestrogeny by mieć wpływ na rozmnażanie ssaków – to tak na marginesie. Wracając do rzeczy. Wyróżnia się 3 klasy tych związków: izoflawony, lignany, kumestany. Dla porządku należy stwierdzić, iż znane są także rośliny które stanowią źródło fitoprogestagenów – substancji o działaniu progesteronopodobnym. Występują one w m.in. w tymianku, lebiodce, koniczynie białej i czerwonej itd. Wiele roślin zawiera rozmaite związki (często jedna roślina zawiera więcej niż jedną taką substancję) które w taki czy inny sposób mogą wpływać na naszą gospodarkę hormonalną. Np. porfiryny powodują zwiększanie wydzielania hormonów gonadotropowych (grupa hormonów wydzielanych przez przysadkę mózgową które wpływają na funkcjonowanie jajników i jąder) znajdują się w dużych ilościach w liściach marchwi itd.

  • Roman M.

    Remedia amoris cz. III/2. Rzecz o skomplikowanej układance hormonalnej z logiczną sprzecznością i o tym dlaczego chmiel może zepsuć smak piwa.

    „Uważaj na swoje myśli, bo staną się słowami.
    Uważaj na swoje słowa, bo staną się czynami.
    Uważaj na swoje czyny, bo staną się twoimi przyzwyczajeniami.
    Uważaj na swoje przyzwyczajenia, bo staną się twoim charakterem.
    Uważaj się na swój charakter, bo stanie się twoim losem”

    Działanie preparatów roślinnych może być użyteczne z punktu widzenia współczesnej medycyny. Np. okres klimakterium zaburza równowagę hormonalną: wydzielanie estrogenów zmniejsza się, a progesteronu zwiększa się. Do najważniejszych „kobiecych ziół” należy pluskwica groniasta zawierająca związki działające podobnie jak estrogen. W zw. z tym szybko i niezawodnie łagodzi dolegliwości fizyczne i psychiczne związane z menopauzą takie jak uderzenia gorąca, bóle mięśniowe i stawowe, suchość pochwy, nastroje depresyjne a także chroni przed osteoporozą. Ekstrakty z kłaczy pluskwicy groniastej mają ciekawy mechanizm działania SERM (Selective Estrogen Receptor Modulation) – wykazują mianowicie działanie podobne do estrogenu lecz również antagonistycznie względem niego. Można zatem powiedzieć, że fitoestrogeny są „mądre”, „wiedzą” czego potrzebuje organizm kobiety i działają tylko tam gdzie są niezbędne, czyli jak napisałem, potrafią zachować się jak estrogeny, ale także – w razie konieczności, jak ich antagoniści. Co więcej – mają one również wysokie powinowactwo do receptora progesteronowego (PR) i androgenowego (AR). Wydaje się zatem, że przed preparatami roślinnymi rysuje się świetlana przyszłość jeśli weźmiemy pod uwagę liczne, nazwijmy to, niedogodności jakie niesie klasyczna terapia hormonalna. Prawdę mówiąc mam co do tego niejakie wątpliwości, zważywszy na to co pisuje się w księgach medycznych. W jednej z książek tyczących w całości terapii hormonami (różnych przypadłości) znalazłem dla przykładu rozdział zatytułowany „Wątpliwe korzyści i potencjalne ryzyka wynikające ze stosowania hormonów roślinnych”. Przeczytałem tam m.in. „(…) Skąpe, przeprowadzone do tej pory poważne badania nie mogły dowieść żadnego, lub jeśli już to tylko ograniczony pozytywny wpływ fitoestrogenów na uderzenie gorąca i inne dolegliwości okresu przekwitania. Naukowego dowodu nie ma także odnośnie działania ochronnego przed chorobami układu krążenia. Co prawda fitoestrogeny obniżają poziom cholesterolu i trójglicerydów, lecz czynią to także „prawdziwe” estrogeny (…). Istniejące wyniki badań nie pozwalają także rozpoznać ochrony fitoestrogenów przed osteoporozą (…)” itd. Następnie podano w rozdziale wnioski jakie sfomułowano na podstawie badań z 2006 r. (HALT = Herbat Alternatives for Menopause Trial; Newton KM i współpracownicy) z których wynikało, że wyraźnie i znacząco lepiej sprawdziły się w terapii hormonalnej (kobiet z dolegliwościami zw. z menopauzą) tylko „prawdziwe” hormony (pozyskane z moczu klaczy). Następnie podano, że „(…) australijskiemu Urzędowi ds. Zdrowia znanych jest 49 przypadków na całym świecie, w których uszkodzenia wątroby zostały uwarunkowane zażywaniem ekstraktu z pluskwicy groniastej. (…). Również europejski komitet leków przeanalizował 42 sprawozdania, z których 34 sporządzone zostały przez urzędy europejskie. (…) Urząd europejski uznaje 4 raporty odnośnie do uszkodzeń wątroby przez ekstrakty z pluskwicy groniastej jako dobrze udokumentowane (…)” itd. Oczywiście trudno polemizować z potrzebą badania i dokumentowania niepożądanego i szkodliwego działania preparatów leczniczych, również ziołowych. Nie będę więc z takimi stwierdzeniami polemizował bowiem wątroba to narząd w którym metabolizują się leki i trzeba badać różne substancje pod kątem hepatotoksyczności. Skoro o tym już mowa to warto zauważyć, że potencjalnie większym zagrożeniem są inne (łatwiej dostępne i częściej używane niż preparaty z pluskwicy) będące w powszechnym obiegu medykamenty – choćby paracetamol (dawki toksyczne paracetamolu mogą spowodować martwicę prawie całej wątroby i w efekcie śmierć), statyny, leki przeciwzapalne z grupy NLPZ (zarówno te dostępne bez recepty jak i przepisywane przez lekarzy np. ketoprofen, naproksen piroksykam) – wszystkie one działają intensywnie na wątrobę, jeśli przyjmowane są w dużych dawkach bądź przez długi okres czasu. Na marginesie – czytałem jakiś czas temu o leczeniu polekowych uszkodzeń wątroby gdzie lekarze zachwycali się (o dziwo!) lekami pochodzenia roślinnego o działaniu hepatoprotekcyjnym np. sylimarolem. Dane opublikowane w 2009 r. przez WHO – UMC według liczby zebranych raportów na temat skutków ubocznych tak działających ziół są następujące: arcydzięgiel chiński – 4, pluskwica groniasta 272, soja – 38, chmiel zwyczajny – 6, maca – 1, koniczyna łąkowa – 24. Gdyby te dane zestawić ze skutkami ubocznymi i działaniami niepożądanym występującymi podczas leczenia hormonalnego zwykłymi hormonami – zioła nie wypadłyby na tym tle źle. Niejednokrotnie pisałem w swoich komentarzach o pewnej dysproporcji jaką zauważam w piśmiennictwie medycznym pomiędzy opiniami o substancjach chemicznych i ziołowych. Nie jest to tematem tego komentarza więc nie będę tego rozwijał. Choć może warto byłoby to zrobić. Jakiś czas temu w piśmie medycznym widziałem dla przykładu, artykuł w którym zestawiono różne badania dotyczące kancerogenności rozmaitych substancji, preparatów, leków i związków roślinnych itd. Badano ich wpływ przez cały cykl życiowy szczurów (2 lata) – dając im pokarm zawierający rozmaite substancje: herbicydy, pojąc Roundupem (dawano zwierzakom i takie paskudztwa) itd. Kilku grupom szczurów podawano karmę z dodatkiem substancji wyodrębnionych z ziół. W zestawieniu przedstawiano kiedy szczury zaczęły chorować na nowotwory itp. O dziwo szczury karmione substancjami z roślin zapadały na nowotwory prawie tak samo szybko jak te karmione wymienionymi chemicznymi wynalazkami. Coś mi jednak w tym zestawieniu nie pasowało. Zacząłem je trochę dokładniej analizować i chyba znalazłem wyjaśnienie tej zagadki. Tylko szczury karmione substancjami roślinnymi (które jak sądzono mogą być kancerogenne) należały do linii Sprague – Dawlej. Doczytałem się, wgryzając się w temat, że ta linia gryzoni jest szczególnie narażona na nowotwory. Często zwierzęta tej linii karmione w normalny sposób i tak na raka chorują jeszcze przed upływem dwóch lat. Nie mam spiskowej teorii dziejów i takie zestawienie uznaję raczej za niechlujstwo naukowe (bowiem w komentarzu na ten temat nie było ani słowa – a może miało to wpływ na interpretację wyników przedstawianych badań). Jednak bez wgłębiania się w temat, porównując dane z tego zestawienia, mógłbym nabrać przekonania, iż wypicie szklanki żywokostu rodzi podobnie zgubne skutki jak wypicie szklaneczki Randapu (to drugie zdecydowanie odradzam). Wracając do rzeczy i do rzeczonej książki tyczącej hormonów. Zupełnie nie zgadzam się z twierdzeniem jakoby nie było badań dowodzących np. wpływu fitoestrogenów na ludzi i na to, że nie przyczyniają się one do: zmniejszenia występowania choroby sercowo-naczyniowej, nie obniżają poziomu cholesterolu oraz nie chronią serca itp. itd. Podam tu tylko jedno zw. z ziołem które jest bohaterem postu powyżej. Badanie naukowców (oczywiście z podwójnie ślepą próbą, kontrolowane placebo ….) z 2006 r. (Heyerick i in. Uniwersytet w Gandawie) wykazały, że dzienne spożycie ekstraktu chmielowego standaryzowanego na 8 – PN (8-prenylonaryngenina) wywarły pozytywny wpływ na objawy naczynioruchowe i inne zw. z menopauzą uczestniczących w badaniu kobiet (m.in. łagodziły uderzenia gorąca i inne tego typu objawy). Jak napisałem wcześniej badania naukowe wykazują, że zaburzenia seksualne u kobiet występują często (30-50%) i są zależne od wieku. Na seksualność kobiet wpływa wiele czynników anatomicznych i czynnościowych, a wśród nich hormony endogenne takie jak: estrogeny, testosteron, siarczan dehydroepiandrosteronu (DHEA-S), progesteron, prolaktyna, oksytocyna i glukokortykosterydy. U kobiet (podobnie jak u mężczyzn), deficyty hormonalne prowadzą do dysfunkcji seksualnych. Jednak z tego co zrozumiałem (czytanie ze zrozumieniem publikacji medycznych nie jest dla mnie rzeczą prostą – żeby była jasność i być może moje rozumowanie jest błędne) sprowadzenie kobiecego libido wyłącznie do poziomu testosteronu nie jest do końca prawdziwe. Naukowcy od lat usiłują znaleźć związek pomiędzy poziomem estrogenów a kobiecą seksualnością. Założenie iż taki związek w ogóle istnieje wynika z tego, że stężenie estrogenu jest najwyższe tuż przed owulacją. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że również wtedy jest najwyższe stężenie testosteronu i niektórzy badacze to jemu przypisują rolę afrodyzjaka. Dlatego do niedawna uznawano, że to androgeny (głównie testosteron ) warunkują popęd seksualny u obu płci wzmagają siłę popędu seksualnego (prawdopodobne uwrażliwienie ośrodków seksualnych w układzie limbicznym i podwzgórzu, narządów płciowych, podwyższenie ogólnej aktywności i sprawności organizmu). Obecnie zwraca się uwagę również na estrogeny i to nie tylko u kobiet (u mężczyzn z wysokimi stężeniami testosteronu, układającymi się w górnych granicach normy, przy b. niskich stężeniach E-2 (estradiolu) wystąpił całkowity zanik libido). Badacze z University of California Santa Barbara (USA) udowodnili podobno, że progesteron i estrogen to najważniejsze hormony, które regulują nasilenie popędu seksualnego u kobiet – wysoki poziom estrogenu nasila pragnienie seksualne, natomiast progesteronu obniża je. Wg. prof. Jamesa Roneya (główny autor badania) testosteron nie wywiera bezpośredniego wpływu na ten aspekt życia płci pięknej (a jeśli już – to nie tak duży i nie tak bezpośredni jak się do tej pory wydawało). Takie wnioski z badań o których mowa opublikowano jakiś czas temu m.in. w czasopiśmie „Hormones and Behavior”. Niestety w stosunku do mężczyzn chmiel działa inaczej – zmniejsza poziom testosteronu co zważywszy na fakt, iż często dochodzi tu do zachwiania równowagi hormonalnej między produkcją estrogenu i testosteronu korzystne nie jest. Najczęściej mamy zachwianie polegające na wzroście poziomu estrogenu przy jednoczesnym spadku testosteronu (jest wiele przyczyn tego stanu rzeczy). Chmiel (jak i piwo!) prócz tego zwiększa także wydzielanie prolaktyny – hormonu uwalnianego przez przysadkę (prawie ¼ młodych mężczyzn cierpiących na impotencję ma zbyt dużo prolaktyny). Nie chcę dłużej nudzić – aby libido człowieka było bez zarzutu wszystkie elementy układu hormonalnego muszą zawsze działać w sprzężeniu, muszą być w odpowiedniej ilości i proporcjach itd. Wydaje się zatem, że używanie przez kobiety (cierpiące z powodu słabego popędu seksualnego spowodowanego niskim poziomem estrogenu) chmielu, zawierającego fitoestrogeny, może prowadzić do przywrócenia równowagi hormonów płciowych a co za tym idzie do zwiększenia libido. W przypadku mężczyzn zupełnie odwrotnie. Reasumując. Dla pań chmiel może być afrodyzjakiem, zaś dla panów może być anafrodyzjakiem i tu mamy pozorną logiczną sprzeczność („jest i nie jest zarazem….”). Nie widziałem badań dotyczących działania chmielu na kobiece libido. Są już eksperymenty (niech Panie mi wybaczą) na gryzoniach. Naukowcy badali wpływ ekstraktu chmielu na zachowania seksualne samic szczurów. Szczurom po odpowiednich zabiegach podawano przez zgłębnik doustny ekstrakt chmielu w dawce 5, 10, 25 mg / kg a następnie badano aktywność seksualną samic. Bez wdawania się w szczegóły – podawanie ekstraktu chmielowego zwiększało zaangażowanie seksualne samic szczurów. Takich ziół inaczej działających na panie i panów jest zresztą więcej. W 2012 r. grupa irańskich badaczy (Uniwersytet Medyczny w Teheranie) stwierdziła, że związki zawarte w lukrecji regularnie spożywane obniżają znacząco libido mężczyzn zaś na popęd seksualny kobiet wpływają pozytywnie. Nie wiem czy 8-prenylonaryngenina to faktycznie jeden z silniej działających fitoestrogenów i czy prof. James Roney ma rację. Nie wiem czy moje rozumowanie dotyczące działania chmielu na płeć piękną i brzydszą jest prawdziwe. Jeśli tak, to myślę sobie, że ród męski powinien trochę inaczej myśleć o piwie i o chmielu które ono zawiera. Należałoby mówić o piwie z mniejszym entuzjazmem i zmienić swoje przyzwyczajenia zw. z piciem dużych ilości tego trunku (bo może to wpłynąć na nasze charaktery i zgotować nam mało sympatyczny los:(). Patrząc przez pryzmat zawartych w piwie fitoestrogenów można paradoksalnie stwierdzić, iż chmiel psuje smak piwa. Kto wie czy twierdzenie XVII zielarza J. Evena, że „za przyjemność spożywania trunków” (szczególnie jeśli robimy to często i w dużych ilościach) ród męski „płaci dręczącymi chorobami” (obniżone libido). C.d.n.
    Pozdrawiam

  • Alicja C.

    Panie Romanie, pisząc o „naciskaniu płata w mózgu” wcale nie miałam na myśli lobotomii, tylko przekierowanie energii z czakramu dolnego (2 czakra, Swathistana, czakra ta posiada funkcje seksualne i prokreacyjne, jest centrum naszych zainteresowań względem drugiej płci) do czakramu górnego (6 czakra, Ajna, umiejscowiona jest pomiędzy brwiami w środku czaszki, w okolicy rdzenia przedłużonego, jest to miejsce rezydowania duszy.Tu zjednoczone są oba atomy człowieka: jeden płatek to ham – fizyczność w człowieku, drugi to sa – Dusza. Ich połączenie tu się dokonuje – hamsa.) co np. od wieków praktykują azjatyccy buddyjscy mnisi w przeciwieństwie do mnichów europejskich, którzy wymyślili trunki, którymi już nie tylko siebie uciskają;) Zioła jakieś wspomagające ten proces (zamiast spornej medytacji) mogłyby być owocniejsze w życiu duchowym nie tylko takowych mnichów niźli udoskonalanie procentowych napitków, które np. skutkowało Monachomachią (bo są już takie eksperymenty, na razie tylko literackie, na gryzoniach, niech mnisi mi wybaczą;) Bo mnie o rozwój duchowy raczej bardziej chodziło niż o wspomaganie czy zapobieganie prokreacji lub zwykłej chuci, czy też ratowanie pluskwicą groniastą przed zarostem kobiet w wieku menopauzalnym. Być może istnieją takie zioła, przyśpieszające duchowy rozwój? np. ayahuaska? Podobno nie uzależnia, oczyszcza, a osoba po spożyciu czuje się jak denat na krawędzi pomiędzy życiem i śmiercią, a do tego miewa ważkie dla swojego losu wizje, a fizycznie „ofiara ayahuaski” tylko leży i wymiotuje więc kopulacja nie jest możliwa (początkowo tutaj napisałam: „więc amory jej nie w głowie”, ale kto tam to wie…) Ajahuasca jako roślina zakazana w naszym kręgu kulturowym i nie do wyhodowania u nas (rośnie w tropikach) może jest do zastąpienia jakimś polskim (europejskim) odpowiednikiem? Zna pan takie zioło? O podobnych właściwościach? Bo chmiel to raczej zbytnie uproszczenie sprawy;) aczkolwiek z wielowiekową tradycją…

  • Roman M.

    Szanowna Pani Alicjo C.

    Wyrosłem w tradycji i kulturze Europy więc pewnie mam w sobie sporo z europocentryka. Można powiedzieć, że jestem jej dzieckiem i jej duchowość jest mi bliska (niech mi wybaczą indiańscy szamani, azjatyccy buddyjscy mnisi czy hinduscy jogini) – bliżej mi zatem do mnichów europejskich. Owszem trochę interesują mnie rośliny używane w innych obszarach świata, sposoby ich stosowania w rozmaitych kulturach itd. ale przez pryzmat analitycznego i racjonalnego ich poznawania. Pozdrawiam serdecznie.

  • Jacek

    Na mnie chmiel w dużych ilościach (1000mg Lupuliny jednorazowo) wzmaga popęd seksualny (jak i erekcję), a więc jak najbardziej można go zaliczyć do afrodyzjaków, wbrew temu co badania na zwierzętach pokazują 🙂

  • bogdan1

    Jacek
    prawdopodobnie masz niski estrogen a bez niego, nie ma prawidlowego libido

    mozna to prosto sprawdzic zbadac hormony testosteron wolny.estriadol i calkowity testosteron
    jak tu juz napisano nie tylko ilosci ale i proporcje decyduja o prawidlowosci badz zaburzeniach

  • Basia

    A potem na zajęciach z Autorem słyszymy, że jednak w małych dawkach chmiel jest afrodyzjakiem 🙂

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>