|
|
Nie pisałem na blogu nic, bo oba wolne dni poświęciłem na pisanie artykułów, żal mi było, że nie mogą pospacerować w słoneczne dni, pooglądać telewizorek, po prostu nic nie robić. Niestety tyle zaległości się zrobiło, że musiałem wywiązać się z kolejnych obowiązków i złożonych obietnic. Zgłosiłem się na kilka konferencji i zbliża się termin wysyłania prac. Podczas pisania słuchałem głównie Mike Oldfielda, bo mnie nie rozprasza
Jak to zwykle, piątek poświęciłem na załatwianie pilnych spraw, zakupy i wędrówki sentymentalne.
Z gazet lokalnych dowiadujemy się w Poznaniu, że w najbliższą niedzielę nastąpi otwarcie nowego skrzydła centrum handlowego Stary Browar, jeszcze większego i bardziej wypasionego od tej pierwotnej części. Powędrowałem więc sobie tam w okolicę i zobaczyłem chociaż z zewnątrz.

Stary Browar od ulicy Ratajczaka

Ekipy w pocie czoła pracują, żeby zdążyć z oddaniem swojego dzieła na niedzielę.

Wyjście ze Starego Browaru do parku od strony ulicy Ogrodowej




Wnętrze Starego Browaru

W pobliżu wejścia do Starego Browaru, przy ul. Półwiejskiej zawsze gwarno i ludno.

Dawna minidzielnica Święty Marcin na Starym Mieście, obecnie już tak nie jest określana i nazwa ta Poznaniakom kojarzy się raczej z ulicą Św. Marcina. Fragment ulicy Kwiatowej.

Wielkie Garbary, moja ulubiona okolica starego Poznania; Poznań, marzec 2007 r.
Wczoraj w godzinach wieczornych odwiedził mnie w instytucie kolega Doktor, pracujący w innym dziale firmy. Tradycyjnie wypiliśmy herbatkę z cytrynką, pojedliśmy różne cukry proste i złożone, jakie stały na stole u mnie w biurze (polecam ksylozę, ma fajnie stonowany słodki smak). Oprócz omówienia spraw służbowych obgadaliśmy innych ludzi z firmy, stworzyliśmy nowe plotki i poopowiadali sobie wieści z różnych działów. W trakcie rozmowy kolega poskarżył się na gniecenie w żołądku, że jakoś tak nie ma apetytu, taki czuje się pełny. Na moim przebogatym stole stał słój w którym ekstrahowałem świeżutki piołun. Jak to dwa chłopy, ponalewaliśmy sobie ekstrakcik do połowy szklaneczki i wlali w gardełko. Wstrząsało nami co chwilkę, gorzki był jak to piołun. Po chwili gadaliśmy coraz głośniej i weselej, zrobiło się miło i luzancko. Gdy próbowaliśmy wstać, poczuliśmy zawroty głowy i stan odurzenia. Kurcze, mówię do kolegi, naćpaliśmy się absyntem; mamy kolorowe zwidy, utratę kontroli akomodacji, zaburzenia równowagi, szumi nam w uszach i mamy poczucie poruszania się w przestrzeni pomimo siedzenia na tyłkach. Typowy efekt wywołany tujonem, absyntyną i anabsyntyną. Thujon blokuje receptory GABA. W strukturze tujonu dopatrzono się fragmentu mającego zdolność przyłączania się do tych samych receptorów co tetrahydrokanabinole.
Oprócz tego efektu, kolega odzyskał apetyt i dobre samopoczucie.
Tutaj pokażę Wam piękny rysunek odzwierciedlający co czuliśmy:

Eduard Wiiralt. Picie absyntówki, 1933 (Levin M. Eduard Wiiralt 1898 – 1954. Tallinn: Eesti Kunstimuuseum, 1998. ), ze stronki http://www.tidsskriftet.no/pls/lts/pa_lt.visSeksjon?vp_SEKS_ID=651396
Tutaj podobieństwo fragmentów cząsteczki tujonu (a) i tetrahydrokanabinolu (b):
Jak to zwykle bywa, jedni zdrowieją, inni zaczynają chorować. Niedawno zakażali mnie swoimi wyziewami wirusowymi ludzie w pracy. Gdy mnie już brało zastosowałem mieszankę chininy z salicylanem i srebro koloidalne i jakoś to wygłuszyłem. Koleżanki i koledzy z pracy wciąż jednak chorowali i mnie usilnie chcieli zakazić. Mój system immunologiczny nie wytrzymał tego. Ostatnio zaniepokoiłem się nieżytem jamy nosowej, utratą węchu i smaku oraz bólami stawów, ogólnym rozbiciem, gorączką, bólem gardła i niechęcią do pisania czegokolwiek. Przyszła grypa. Od poniedziałku ostro zacząłem brać prastary proszek przeciwgorączkowy, przeciwbólowy, napotny, przeciwzapalny o następującym składzie:
Rp.
Antipyrinum 20,0
Phenacetinum 20,0
Coffeinum 20,0
Chininum hydrochloricum 10,0
Natrium salicylicum 30,0
M.f. pulv.
Te 100 g cudownego proszku podzieliłem na 100 dawek po 1 g. I wiecie co, dzisiaj kataru już nie mam, odzyskuje władzę w zmysłach, cieplota ciała wróciła do normy i mam fajne samopoczucie.
Jest to proszek z końca XIX wieku.
Zawsze trochę miejsca poświęcałem lecytynie w różnych moich publikacjach drukowanych jak i internetowych. Nie wypowiadałem się 0 niej krytycznie, lecz neutralnie, podając ogólnie dostępne fakty, np. na stronce: http://luskiewnik.strefa.pl/psychostymulantia/p42.htm
wzór strukturalny lecytyny
Wbrew powszechnie panującemu mniemaniu lecytyna to stary środek leczniczy, znany z lekospisów z początku XX wieku. Nawet w latach 1901-1907 w polskich podręcznikach lekarskich lecytyna (Lecithin = Lecithinum) jest opisana jako środek toniczny i wzmacniający, zalecany przy rozstroju pokarmowym, neurastenii, tabesie, diabecie, gruźlicy, rachicie i rozmiękczeniu kości. Dobowo podawano 1 g lecytyny w pigułkach, a nawet podskórnie w dawce dobowej 150 mg.
W dziełach lekarskich niemieckich z początku XX wieku Lezithin jest określane jako dwustearyno-gliceryno-fosforo-cholinoester. Otrzymywana była wówczas z żółtek jaj. W germańskiej medycynie również polecana w leczeniu chorób układu nerwowego, zaburzeń miesiączkowania, anemii w dawkach 100-300 mg kilka razy dziennie. Wchodził w skład afrodyzjaków złożonych, dostępnych w tamtejszych czasach.
Wszystko fajnie, owszem, lecytyna jest składnikiem osłonek mielinowych, neurolemmy, błon innych komórek ciała, prekursorem acetylocholiny, czynnikiem lipotropowym, przeciwmiażdżycowym, ale lecytyna endogenna, czyli tą którą organizm sam syntetyzuje. Lecytyna pod względem chemicznym to fosfolipid -fosfatydylocholina. Zbudowana jest więc z kwasu tłuszczowego, glicerolu, fosforanu i choliny.
Fosfoglicerydy, fosfolipid – lecytyna
Zastanówmy się nad losami lecytyny? Czy lecytyna w takiej formie jaką przyjmujemy doustnie ulegnie wchłonięciu do krwi lub limfy?. Niestety nie. Już w żołądku ulegnie częściowej hydrolizie, a w dwunastnicy lecytyna zostanie zaatakowana przez trzustkowe fosfolipazy. Lecytyny są trawione przez fosfolipazy A, B, C i D. Fosfolipaza A katalizuje odłączenie nienasyconego kwasu tłuszczowego; powstaje wówczas izolecytyna. Fosfolipaza B zabiera II cząsteczkę kwasu tłuszczowego od izolecytyny, pozostawiając glicerofosforan choliny. Fosfolipaza C i D hydrolizują wiązania estrowe między alkoholem i kwasem fosforowym. Zatem zażyta przez nas lecytyna zostanie strawiona na proste składniki i każdy z nich jest wchłaniany, po czym metabolizowany w określonych i specjalnych szlakach i cyklach biochemicznych. Lecytyna jako pokarm nie jest resorbowana jako makrocząsteczka i przez to nie wykazuje właściwości farmakologicznych. Lecytynę można uznać za składnik pokarmowy, odżywczy, źródło substratów do synetezy bardziej skomplikowanych związków. Nie ma wiec możliwości, aby zażyta lecytyna bezpośrednio wpływała na procesy pamięci poprzez zwiększanie stężenia acetylocholiny w neuronach, czy też była bezpośrednio wbudowywana do tkanki nerwowej. Jest to czysta teoria, bardzo uproszczona, bo równie spożyta lecytyna po strawieniu może być spożytkowana do syntezy zupełnie innych związków endogennych, albo w ogóle zużyta w procesie beta-oksydacji, glikolizy i jako dawca grup metylowych. Składniki spożytej przez nas lecytyny mogą też zostać spożytkowane do syntezy żółci.
Dlatego pomimo picia lecytyny, zażywania kapsułek z lecytyną nie obserwujemy widocznej i zauważalnej poprawy naszych możliwości intelektualnych i pamięci. Ja lubię pić lecytynę, przypomina mi ajerkoniak, no ale w sumie alkohol+zmiksowane żółtka jaj to również lecytyna. Poza tym lecytynę obecnie najczęściej pozyskuje się z soi, a obecnie zalecane dawki dzienne są rzędu kilku-kilkanastu gram.
Zawsze dodaje wyniki moich badań na zwierzętach. Podawałem im lecytynę. Okazało się, że efekt jaki dawała to skutek wyzwolonej z niej choliny (lipotropowy, hepatoprotekcyjny). Ponadto w dużym nadmiarze, gdy fosfolipazy nie nadążały jej strawić, lecytyna w paszy stanowiła dodatkowy czynnik emulgujący tłuszcze paszowe. Działała więc jak żółć, co poprawiło strawność, przyswajalność tłuszczów i zwiększyło tolerancję przewodu pokarmowego na te tłuszcze. Oczywiście taki sam efekt będzie zuważalny u człowieka. Jeśli ktoś ma problemy z trawieniem tłuszczów pokarmowych polecam zażywanie lecytyny. Poza tym jeśli ktoś uważa, że zabraknie w diecie substratów potrzebnych do syntezy acetylocholiny w organizmie, niechaj zażywa lecytynę.
Patrzę sobie przez okienko instytutu na pole (albo jak ktoś woli na dwór, chociaż nie czuję się jak na dworze) i widzę, że wreszcie świeci słoneczko. Niedługo będę mógł wyruszyć na zioła przewiośnia i sporządzać z nich wymyślne guślarsko-znachorskie medykamenty. Też Was namawiam do zielarstwa, wtedy poczujecie – co to jest natura i głębiej przeżyjecie nadejście wiosny. Mówi to Wam stary guślarz i znachor luskiewnik
Tytuł guślarza dostałem jeszcze w szkole średniej od znanej Pani Profesor, niczym od Sztukmistrza z Lublina, nestora polskiej farmakognozji, kiedy recenzowała moją pierwszą książkę, więc uważam, że mam prawo używać tego zacnego przydomka.
Dzisiaj widziałem bociana, lecącego w stronę Gniezna!

Poznań Garbary, marzec 2007 r.
Pewnego dnia, całkiem niedawno zamówiłem w księgarni internetowej książkę pt. “Afrodyzjaki mity czy rzeczywistość”, wydaną przez Oficynę Wydawniczą Ma w Łodzi w 2000 roku. Autorami tej książki są dr E. Majchrzak i prof. R. Glinka. Szczerze mówiąc ucieszyłem się, że współcześni Polacy napisali taką pracę i pełny nadziei zamówiłem książkę. Zawsze dotąd czerpałem taką wiedzę ze starych niemieckich i staropolskich ksiąg. Okazało się, że jest to broszurka licząca 105 stron i nie wnosi nic nowego do polskiej literatury z tej dziedziny. Są to po prostu odpisy kuchenne z powszechnie znanych publikacji polskich i niemieckich, łatwo dostępnych w większych bibliotekach. Spodziewałem się, że będzie w tej pracy rys historyczny każdej z roślin, dzieje jest stosowania, dawne i wspólczesne informacje na ich temat i przede wszystkim autorzy skupią się na rzeczywistym pobudzającym oddziaływaniu danej rośliny na czynności płciowe człowieka. Tymczasem znalazłem pobieżne informacje na temat wyglądu, uprawy (nie wiem po co?) i wieści na temat zastosowania w lecznictwie z popularnych książek zielarskich, podręczników farmakologii, leksykonów i encyklopedii.
Gdy tak przeglądałem wykaz opisanych roślin zobaczyłem chmiel. Pomyślałem na cholerę oni tu dali chmiel? O ile wiem, afrodyzjak to środek zwiększający popęd płciowy, nasilający przyjemności seksualne. Chmiel (szyszka, lupulina) z pewnością tutaj nie należy i zawsze był w starych księgach omawiany łącznie z bromem, jako substancja hamująca popęd płciowy, stosowany do “leczenia” masturbacji, polucji, nadpobudliwości seksualnej, bolesnych, niekontrolowanych i długotrwałych wzwodów prącia. Nowsze badania wykazały nawet, że lupulina z chmielu działa antyandrogennie i estrogennie. U mężczyzn z pewnością więc nie zwiększa libido. Co ciekawe autorzy wykazali to w opisie lupuliny, więc po jakiego pierona w ogóle uwzględniali chmiel, skoro książce dali tytuł “Afrodyzjaki…
A tak od siebie podam, że testowałem przez dwa lata wyciąg z chmielu na zwierzętach agresywnych, wykazujących zachowania kanibalistyczne i ze skłonnościami do samookaleczania się oraz nadmiernie pobudzonych seksulanie. Zastosowałem również preparaty chmielu u knurów, kogutów i byków tak pobudzonych seksualnie, że kopulowały wszystko co popadło (np. poidła, rolnika), w tym siebie nawzajem. Wyniki badań wykazały, że chmiel w praktyce wyhamowuje wspomniane nieprawidłowości w zachowaniu zwierząt, co zaowocowało produkcją preparatów dostępnych na rynku.
Także u ludzi z powodzeniem stosuję preparaty zawierające ekstrakt z szyszek chmielu i lupulinę, w sumie nigdy mnie nie zawiodły. Dlatego polecam chmiel wszystkim nadpobudliwym psychicznie i seksualnie, nerwowym, zestresowanym, jak i cierpiącym na bezsenność.
Doskonałe efekty uspokajające można uzyskać łącząc chmiel (szyszki) z kozłkiem lekarskim (walerianą, kłącze), melisą (liść), tatarakiem (kłącze) i glistnikiem jaskółczym zielem (ziele lub korzeń). W taki sposób można zmieszać nalewki z wymienionych ziół w równych częściach i zażywać 1-3 razy dziennie po 10 ml. Nalewkę sporządza się zalewając 1 część surowca ( np. ziela) 5 częściami alkoholu 40-50%. Zalany surowiec trzeba pozostawić w ciemnym miejscu na 1-2 tygodnie, po czym otrzymany lek przefiltrować.
Dobra jest także mieszanka złożona ze wspomnianych suchych surowców, rozdrobnionych i zmieszanych w równych częściach. 1 łyżkę takiej mieszanki należy zalać 1 szklanką (220 ml) wrzącej wody, odstawić na 20-30 minut, po czym przecedzić. Pić 2-3 razy dziennie po 60-100 ml.

Chmiel, szyszki sierpniowe, Krosno
Cały dzień poświęciłem płaceniu rachunków i załatwianiu spraw. Najpierw pojechałem na Wildę i zacząłem od próby rezygnacji z telefonu komórkowego w Centertelu. Mam jeszcze analogowy telefon komórkowy NMT, zaczynający sie od nr 090…, czyli urządzenie zabytkowe, obecnie sporadycznie używane. Skoro nie używam, a baterie do nokii 450 VIP nie są już dostępne od conajmniej 7 lat, więc dojrzałem do myśli rozwiązania umowy na ten nr. Niestety okazało się, że Pani obsługująca nie miała dostępu do bazy danych takich archaizmów jak mój telefon, potem nie mogła odnaleźć takiego nr telefonu, wreszcie inny starszy doradca ostrzegł mnie, że jeśli wyłączę nr 090… w analogu to wyłączą mi młodszy nr z idei 0502, który jest z tamtym numerem powiązany. Oczywiście ja chce zachować ten nowszy nr, więc pani obsługująca próbowała kilka razy nawiązać kontakt z centralą w Warszawie, aby mój problem, rozwiązać, ale bez skutku, więc w rezultacie nic nie załatwiłem. Naiwny myślałem, że pracownik Centertela (albo jak ktos woli Orange) w oddziałach ma jakieś specjalne połaczenie z centralą w W-wie, ale grubo się myliłem. Okazało się, że pracownica wybierała nr ten sam do BOK co zwykli klienci i wszystkie osoby obsługujące były zajęte. Moim zdaniem to idiotyzm, że z oddziałów nie mają specjalnego i bezpośredniego wsparcia i konsultanta w centrali, no ale co można się spodziewać po konglomeracie Centertel-Telekomunikacja Polska pod przykrywką Orange. Chyba gorszego związku nie mogło być. Teraz rozpatruje mozliwość wyniesienia się od tego operatora i przeniesienia nr telefonu do nowego.
Potem pojechałem do sklepu Piotra i Pawła na Marcelińskiej, aby kupić dobrą szyneczkę, parówki cielęce, pasztecik z borowikami i ulubione serki pleśniowe Gorgonzola, Roquefort i Ambert. Przy okazji rozbiłem słoiczek musztardy. Ciekawe, że ochrona nie zakuła mnie w kajdanki i nie uprowadziła za specjalne lustro, w celu torturowania. Nikt nawet nie podszedł z obsługi. Spojrzałem na ziemię, trochę musztardy widniało na moim bucie; wziąłem drugi słoiczek i zapłaciłem w kasie za dwa słoiczki, informując kasjęrkę o mojej niezdarności, 1,25 zł/szt. to nie majątek, żebym udawał niewinnego. Spakowałem zakupy przy kasie i poszedłem…, nagle słyszę głosy za sobą, że nie wziąłem słoiczka musztardy, no tak zapomniałem, więc mile poinformowałem kasjerkę, że dziś nie mam szczęścia do musztardy.
Ten tydzień był trudny, policzyłem, 27 listów i 9 telefonów z prośbą o pomoc w leczeniu. Najgorsze jest to, że pomimo ogłoszonych w firmie zaleceń co do instytutu, ktoś podaje czasem nr telefonu kom. do mnie. Swego czasu telefony nie cichły także w moim zakładzie na Akademii Medycznej i PWSZ, co było dla mnie bardzo krępujące, bowiem Panie sekretarki miały prawo wkurzać sie na mnie. Owszem, sporo publikuję w czasopismach i w necie na tematy medyczne, często są to wyniki moich badań, spostrzeżenia, przemyślenia, ale to nie powód, żeby mnie obwołać tytułem gooru medycyny i farmacji. Nie czuję się osobą uprawnioną i kompetentną do dawania porad medycznych, konsultowania trudnych przypadków, wtrącania się w metody leczenia zapodane przez lekarzy prowadzących, w zaawansowanych chorobach nowotworowych, autoimmunologicznych, ortopedycznych, neurologicznych i wielu innych, często o których nawet nie słyszałem lub które pamiętam ze studiów jedynie jako wzmiankę i w związku z tym muszę sprawdzić w mądrych książkach – o co chodzi?. Najgorsze są prośby osób, które przeszły już wszystkich specjalistów w kraju, niemal każdą klinikę, i gdy już wszystko zawiodło zwracają się do mnie. Zdarzyło się też wielokrotnie, że lekarze z kraju, których nigdy nie poznałem – wręcz podali, że ja pacjentowi pomogę. Jak już odmawiam tłumacząc się, że zajmuję się tylko dydaktyką, badaniami naukowymi, i że nie prowadzę praktyki lekarskiej i nie chcę takiej prowadzić wtedy pada najczęściej pytanie – kogo polecam. Trudno jest mi podawać nazwiska i adresy lekarzy, którzy mogliby pomóc choremu. Nie czuję sie do tego uprawniony. Ponadto wielu specjalistów po prostu nie znam osobiście na tyle, żebym mógł ich polecać. Są to problemy dla mnie bardzo trudne, podczas których muszę walczyć o swoją wolność osobistą i prywatność. Z jednej strony chciałbym pomóc, z drugiej, żeby odpisać na wszystkie listy musiałbym zrezygnować z każdej wolnej chwili. Cieszy mnie, że wielu ludzi czytając moje artykuły wyciąga z nich pewne wnioski, potem stosując się do niektórych informacji zmieniają postępowanie lub stosując przemyślane “samoleczenie” wychodzą z chorób, zdrowieją. Nie jest to jednak dowód na to, że mogę się zająć każdym przypadkiem jak Zbigniew Nowak http://www.nowak.pl/ i uleczyć wszystkich. Ponadto nie wszystkie badania in vitro mają odzwierciedlenie in vivo. Dlatego proszę moich Czytelników o traktowanie moich artykułów jako źródła informacji naukowych i popularnych, ciekawostek na różne tematy, ewentualnie wskazówek wspomagających – główne leczenie pod okiem lekarza, ale w żadnym wypadku nie jako obligatoryjne porady medyczne. Każdy z nas jest inny i zastosowanie układu, że skoro jedym pomaga to mi też – nie jest zawsze prawdziwe.
Dostaję też sporo listów od uczniów i studentów, którym wydaje się, że skoro uczę i publikuję to prześlę im materiały do napisania zadań domowych, prac semestralnych, zaliczeniowych, pracy magisterskiej, a nawet doktorskiej. Oczywiście jest to niepowazne z ich strony. Moja porada taka: potrzebujesz, idź sobie do biblioteki i znajdź, opracuj, zobaczysz, że nie jest to takie łatwe. Kilku doktorantów chciało ode mnie tłumaczenia tekstów z podaniem strony, autorów i tytułów, które przełożyłem ze szabskiego gotyku lub łaciny. Kurcze to już była bezczelność. Kombinują, jakby tutaj zdobyć gotowe opracowanie, ale nie podając w bibliografii prac luskiewnika, tylko pierwotne prace źródłowe.
Swoją drogą zobaczcie http://www.nowak.pl, facet jest mistrzem w tej działalności, dopracowane ma wszystko maksymalnie. Firmy powinny się zabijać za zatrudnieniem Zbyszka Nowaka w dziale marketingu i reklamy. Ja bym chciał, żeby poprowadził dział sprzedaży i reklamy w mojej firmie. Zobaczcie na te kalendarze i inne gadżety…
Tutaj relacja pobytu na spotkaniu z uzdrowicielem: http://scovron.blog.onet.pl/1,DA2006-02-09,index.html
Co pewien czas zażywam probiotyk, taki sam daję też rodzince. Do tej pory uzywałem Lacidofil, produkcji kanadyjskiej, który zawiera w zgrabnej kapsułce L. acidophilus i L. rhamnosus. Z tego preparatu jestem bardzo zadowolony, nie wywoływał bowiem ubocznych dolegliwości i rzeczywiście jego działanie można było zaobserwować.
Gdy w styczniu tego roku pojechałem do Hradec Králové skusiłem się na kupno preparatu o naukowej nazwie Lactobacillus Acidophilus 2 miliardy, czeskiej firmy ProFitness. Niestety nie mają zbyt czystych kultur bakteryjnych i peparat wywołuje u mnie oraz mojej rodziny wzdęcia. Poranny ból brzucha zapowiada rzadką kupkę. Bąki wysmykają się w najmniej oczekiwanych momentach, w dodatku bardzo śmierdzące. Dlatego jak będziecie w Czechach to nie kupujcie tego preparatu 😉

Hradec Králové, styczeń 2007 r.
|
|
Najnowsze komentarze